ArchitectureCultureDesign

W poszukiwaniu guru. Dlaczego coraz trudniej zaufać samemu sobie 

Anna Domin

 

W czasach, gdy niemal każdy chce zostać czyimś przewodnikiem, coraz trudniej odróżnić autorytet od dobrze opakowanej obietnicy. Anna Domin przygląda się temu zjawisku z dystansem, pokazując, dlaczego tak chętnie oddajemy innym odpowiedzialność za własne decyzje. 

 

 

Nie pamiętam czasów, w których człowiek miałby aż tak wielu przewodników. Nigdy wcześniej nie słuchaliśmy jednocześnie psychologów, terapeutów, coachów, mentorów, trenerów od produktywności, ekspertów od szczęścia i influencerów przekonujących, że znaleźli sposób na dobre życie. Paradoks polega na tym, że im więcej mamy głosów, tym częściej czujemy się zagubieni. Żyjemy w świecie pełnym możliwości, a mimo to coraz trudniej samodzielnie podejmować najważniejsze życiowe decyzje. Coraz częściej szukamy więc kogoś, kto spojrzy z zewnątrz, uporządkuje chaos i powie: „idź właśnie tą drogą”. Nie ma w tym nic dziwnego ani tym bardziej złego. Potrzeba przewodników towarzyszy człowiekowi od zawsze. Zmienili się jedynie ci, których dziś stawiamy na piedestale. Dawniej byli to filozofowie, duchowni czy nauczyciele. Dzisiaj równie często są nimi autorzy bestsellerów, mówcy motywacyjni, trenerzy rozwoju osobistego czy internetowi guru. Globalny rynek coachingu rozwija się w imponującym tempie. Według najnowszego badania International Coaching Federation jego wartość przekroczyła już 5,3 miliarda dolarów, a liczba profesjonalnych coachów na świecie zbliża się do 123 tysięcy. To wzrost o ponad 50 procent w porównaniu z 2019 rokiem. Trudno więc mówić o chwilowej modzie. To raczej zjawisko społeczne, które odpowiada na nasze potrzeby. Prawda okazuje się jednak bardziej złożona. Nie szukamy dziś wyłącznie coachów czy mentorów. Szukamy punktów odniesienia. Tempo życia nieustannie przyspiesza, a każdego dnia docierają do nas tysiące informacji, opinii i bodźców. Media społecznościowe przekonują, że sukces powinien przyjść natychmiast, życie wyglądać spektakularnie, a rozwój nigdy się nie kończyć. Jednocześnie próbujemy odnaleźć się w rzeczywistości naznaczonej wojnami, kryzysami gospodarczymi, rosnącymi kosztami życia, zmianami klimatu i technologiczną rewolucją, która zmienia codzienność szybciej, niż potrafimy ją oswoić. W tym informacyjnym szumie coraz trudniej usłyszeć własne myśli. Coraz łatwiej zaufać komuś, kto mówi spokojnie, z przekonaniem i obiecuje prostą drogę do szczęścia, a nawet sukcesu. Im bardziej świat się komplikuje, tym większą siłę zyskują ludzie oferujący proste odpowiedzi.

 

 

Nie dziwi mnie więc, że właśnie teraz powstał film taki jak „Guru”. Yann Gozlan bardzo trafnie wyczuł moment, w którym żyjemy. Zamiast nakręcić kolejną historię o oszuście wykorzystującym ludzką naiwność, stworzył opowieść o znacznie bardziej uniwersalnym zjawisku. W centrum tej historii nie stoi coaching, ale człowiek i jego nieustanna potrzeba odnajdywania autorytetów. Dla mnie „Guru” opowiada o czymś znacznie starszym niż współczesna moda na rozwój osobisty. O ludzkiej potrzebie przewodników i cienkiej granicy, po której przekroczeniu przewodnik zaczyna wierzyć, że jest wyrocznią. To nie dzieje się z dnia na dzień. Najczęściej zaczyna się od szczerej chęci pomagania innym. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy własne doświadczenie zaczynamy traktować jak uniwersalne prawo obowiązujące każdego człowieka.

 

Głównym bohaterem jest Matt Vasseur, charyzmatyczny trener rozwoju osobistego, w którego wciela się Pierre Niney – jeden z najwybitniejszych współczesnych francuskich aktorów, znany polskim widzom przede wszystkim z roli Edmonda Dantèsa w ubiegłorocznym „Hrabi Monte Christo”. Niney buduje postać niezwykle wiarygodną. Nie gra cynicznego manipulatora, który od pierwszej sceny świadomie oszukuje swoich wyznawców. Przeciwnie. Poznajemy człowieka przekonanego, że naprawdę pomaga innym. Ta szczerość okazuje się najbardziej niepokojąca. Historia wielokrotnie pokazywała, że największe tragedie rodziły się nie z cynizmu, lecz z głębokiego przekonania o własnej racji. Gozlan dobrze uchwycił ten moment. Chwilę, w której pomaganie przestaje być rozmową, a staje się misją. Potem misja bardzo łatwo zamienia się w fanatyzm.

 

Największą siłą „Guru” pozostaje sposób, w jaki Gozlan buduje napięcie wokół swojego bohatera. Nie potrzebuje wielkich deklaracji ani efektownych przemówień. Wystarczy spojrzenie, chwila ciszy, reakcje ludzi siedzących na sali. Matt Vasseur zdobywa ich zaufanie swoją pewnością. Pierre Niney świetnie rozumie ten mechanizm. Gra oszczędnie, bez przesady, dzięki czemu jego bohater przez długi czas pozostaje wiarygodny. Widz nie zadaje sobie pytania, czy Matt kłamie. Zastanawia się raczej, w którym momencie sam przestał dostrzegać granicę między pomocą a potrzebą kontrolowania innych.

 

Wokół Matta krążą postacie, które pokazują, że słowo „wsparcie” potrafi skrywać zupełnie różne potrzeby. Julien, grany przez Anthony’ego Bajona, wraca na kolejne seminaria, choć żadne z nich nie rozwiązuje jego problemów do końca. Wraca po wspólnotę, po energię tłumu, po chwilowe poczucie, że ktoś prowadzi go we właściwą stronę. Po drugiej stronie oceanu pojawia się Peter Conrad, w którego wciela się Holt McCallany – amerykański mistrz, figura niemal ojcowska, a jednocześnie dowód na to, że w tym świecie rozwoju osobistego istnieją hierarchie, adoracja i mechanizmy przypominające bardziej religię niż coaching. Senacka komisja, próbująca uregulować zawód coacha, dodaje do tego napięcie instytucjonalne. Matt zaczyna bronić już nie tylko swojej metody. Broni własnej tożsamości. I jeszcze brat. Ten wątek zostaje w pamięci szczególnie mocno. Gozlan przywołuje tu silny kulturowy symbol, wyraźnie odsyłający do historii Kaina i Abla. Trudno potraktować go wyłącznie jako opowieść o konflikcie dwóch ludzi. To raczej obraz pęknięcia, które Matt od dawna nosił w sobie. Właśnie wtedy pojawia się największy paradoks tej historii. Człowiek, który każdego dnia pomaga tysiącom ludzi odnaleźć sens, sam najbardziej potrzebuje pomocy.

 

Pomaganie innym bardzo łatwo może stać się ucieczką od własnych problemów. Znacznie łatwiej układać cudze życie niż zmierzyć się z własnym. Nie wiem, czy właśnie dlatego tak wielu ludzi zawodowo zajmujących się wspieraniem innych nosi w sobie równie dużo pęknięć. Film zostawia kilka pytań. Czy czasem największej pomocy najbardziej potrzebują ci, którzy od lat pomagają wszystkim wokół? Kto prowadzi przewodnika? Kto wysłucha człowieka, którego wszyscy postrzegają jako silnego? Kto pozwoli mu zwątpić? Nie uważam „Guru” za film wybitny. W wielu momentach zabrakło mi odwagi reżyserskiej i większej dynamiki. Historia rozwija się nierówno, a tempo chwilami odbiera emocjom siłę, na którą zasługuje tak ważny temat. Miałam poczucie, że Gozlan dysponował materiałem na znacznie mocniejszy thriller psychologiczny. Nie wykorzystał w pełni jego potencjału.

 

Moja ocena to 6/10. Za film. Temat oceniłabym znacznie wyżej, ponieważ dotyka jednego z najważniejszych napięć współczesności. Wyszłam z kina z jedną myślą i wcale nie zastanawiałam się, ilu ludzi uwierzyło Mattowi. Zastanawiałam się raczej, ilu z nas oddało kiedyś komuś odpowiedzialność za własne życie. Mentorowi. Partnerowi. Politykowi. Duchownemu. Autorowi książki. Może największym zagrożeniem nie są wcale guru. Największym zagrożeniem pozostaje chwila, w której przestajemy zadawać pytania i zaczynamy wierzyć, że ktoś zrobi to za nas.