Smiljan Radić laureatem Nagrody Pritzkera 2026. Pritzker znów jedzie do Chile. I nie jest to przypadek.
Marcin Szczelina
Smiljan Radić został tegorocznym laureatem najważniejszej nagrody w architekturze. Decyzja jury zapadła szybko, zaskakująco szybko, zwłaszcza w kontekście niedawnych kontrowersji wokół samej fundacji. Instytucje kultury w takich momentach lubią mówić językiem symboli. Wybór Radicia jest właśnie takim symbolem.

Radić nie należy do architektów produkujących globalne ikony. Nie jest częścią medialnej ligi, która od lat zamienia architekturę w przemysł spektaklu. Jego projekty funkcjonują na granicy architektury, konstrukcji i rzeźby. Wystarczy spojrzeć na Restaurant Mestizo w Santiago, Teatro Regional del Biobío czy londyński Serpentine Pavilion. To architektura, która powstaje w napięciu między krajobrazem, materiałem i konstrukcją. Radić traktuje architekturę jak eksperyment. Budynek nie jest tu deklaracją siły, lecz pytaniem o relację między człowiekiem a miejscem.
Jury Pritzkera pisze w uzasadnieniu, że twórczość Radicia powstaje na styku eksperymentu materialnego, pamięci kulturowej i niepewności. W komunikacie pojawia się zdanie, które brzmi niemal jak komentarz do współczesnego świata. Radić, jak podkreślają jurorzy, przedkłada kruchość ponad pozorne poczucie pewności. To zdanie trafia w sam środek dzisiejszej rzeczywistości. Żyjemy w epoce, która desperacko próbuje produkować poczucie stabilności. Architektura Radicia nie próbuje tego robić. Ona raczej pokazuje, że świat jest bardziej złożony, niż chcielibyśmy wierzyć.
Radić jest drugim laureatem z Chile w historii nagrody. Pierwszym był Alejandro Aravena w 2016 roku. Dwa Pritzkery w ciągu jednej dekady dla kraju, który nie należy do globalnych potęg gospodarczych, mówią bardzo wiele o zmianie geograficznej w architekturze. Ameryka Łacińska nie jest już egzotycznym przypisem do globalnej historii architektury. Stała się jednym z miejsc, w których ta historia się dziś naprawdę pisze.



Widać to także w ostatnich decyzjach jury. Riken Yamamoto z Japonii, Liu Jiakun z Chin i teraz Radić z Chile. Trzy kolejne nagrody przyznane poza klasyczną osią Europa i Stany Zjednoczone. To nie jest przypadek. Środek ciężkości architektury powoli przesuwa się tam, gdzie architektura musi być bardziej świadoma swojego kontekstu. Tam, gdzie nie powstaje jako spektakl, lecz jako odpowiedź na realne warunki krajobrazu, ekonomii i społeczeństwa.
W tym sensie tegoroczny Pritzker można czytać jako opowieść o świecie, który zmienia swoją mapę. Przez dekady architektura globalna była opisywana z perspektywy kilku wielkich centrów. Nowy Jork, Londyn, Bazylea czy Tokio wyznaczały rytm debaty. Dziś ta mapa zaczyna wyglądać inaczej. Najciekawsze pytania o architekturę coraz częściej pojawiają się w miejscach, które przez długi czas były traktowane jako peryferie. Chile jest jednym z takich miejsc. To kraj, w którym architektura od lat rozwija się w bezpośrednim dialogu z potężnym krajobrazem, niestabilną ekonomią i pamięcią politycznych napięć. W takich warunkach architektura nie może być tylko formalną zabawą. Musi być narzędziem myślenia o świecie.
Właśnie dlatego twórczość Radicia jest dziś tak interesująca. Jego projekty nie próbują narzucać krajobrazowi swojej woli. One raczej badają jego granice. W wielu realizacjach architekt pracuje z materiałami, które sprawiają wrażenie ciężkich, pierwotnych i niemal archeologicznych. Beton, kamień czy surowe konstrukcje pojawiają się u niego jak fragmenty jakiejś dawnej cywilizacji. W tych projektach architektura staje się nie tylko przestrzenią użytkową, lecz także opowieścią o czasie, pamięci i kruchości ludzkich konstrukcji wobec natury.
Architektura zawsze była polityczna. Budynki powstają w określonych układach władzy i w określonych momentach historii. Nagroda Pritzkera także jest częścią tej polityki. Każda decyzja jury mówi coś o tym, gdzie dziś widzimy przyszłość architektury.
Dlatego wybór architekta z Chile jest tak interesujący. Chile znajduje się na geograficznym krańcu świata. Długi, wąski pas ziemi między Andami a Pacyfikiem. Właśnie tam powstaje architektura, która musi mierzyć się z potężnym krajobrazem, ograniczeniami ekonomicznymi i nieustannym napięciem między naturą a cywilizacją. To architektura, która nie może udawać, że istnieje w próżni.
Jest jednak jeszcze jeden kontekst, którego nie da się dziś pominąć. W ostatnich miesiącach fundacja Pritzkera znalazła się w centrum dyskusji po ujawnieniu relacji Thomasa Pritzkera z Jeffreyem Epsteinem. W takim momencie każda decyzja nagrody jest analizowana także jako gest wizerunkowy. Pojawia się więc pytanie. Czy wybór Radicia jest wyłącznie świadomą decyzją architektoniczną. Czy może jest także próbą odbudowania reputacji nagrody.
Można to pytanie postawić. I pewnie wielu komentatorów je postawi.
Ja jednak mam wrażenie, że w tej historii chodzi o coś głębszego. Kierunek tej nagrody zmienia się od kilku lat. Od momentu, kiedy dyrektorką wykonawczą Pritzkera została Manuela Lucá-Dazio, wcześniej związana z Biennale Architektury w Wenecji. Od tego czasu coraz wyraźniej widać, że nagroda próbuje przesunąć punkt ciężkości. Mniej chodzi o spektakularne nazwiska. Coraz więcej o wartości, o kontekst i o odpowiedzialność architektury wobec świata.
Dlatego tegoroczna decyzja nie wygląda jak nagła zmiana kursu. Raczej jak konsekwencja drogi, którą Pritzker podąża już od kilku lat.
I być może właśnie dlatego architekt z Chile wydaje się dziś tak przekonującym laureatem. W świecie, który coraz bardziej przypomina archipelag napięć politycznych i ekonomicznych, architektura powstająca na jego peryferiach zaczyna mówić rzeczy ważniejsze niż ta, która przez lata powstawała w samym centrum.
Może więc najciekawsze w tej nagrodzie jest to, że Pritzker wreszcie patrzy tam, gdzie od dawna dzieje się coś naprawdę ważnego. Na krawędź świata, a nie w jego centrum.






