ArchitectureCultureDesign

Oddać własną historię w cudze ręce

Marcin Szczelina 

 

„Konieczny. Na styk” Piotra Kozaneckiego i Bartosza Patureja jest książką o Robercie Koniecznym, nad którą sam Konieczny nie ma pełnej władzy. Własną historię oddał ludziom, którzy spotykali go na różnych etapach życia, pracowali z nim, powierzali mu swoje pieniądze, budowali według jego projektów, spierali się z nim, czasem odchodzili. Powstał z tego portret daleki od oficjalnej biografii architekta i znacznie bliższy temu, czym naprawdę jest architektura: procesem pełnym ambicji, konfliktów, przypadków, błędów i ludzi. Teraz „Na styk” ukazało się jako audiobook. Bardzo dobrze, bo ta historia ma w sobie rytm świetnego serialu, w którym każda kolejna perspektywa nie tyle domyka opowieść, ile przesuwa ją w nowe miejsce.

 

Robert Konieczny, Centrum Dialogu Przełomy, Fot. Olaf Nowicki/Agencja Gazeta

 

Właściwie do dziś nie bardzo wiem, z czym tę książkę porównać. Znam oczywiście monografie architektów, albumy, wielogodzinne rozmowy, autobiografie i publikacje, które po latach porządkują czyjś dorobek w elegancką linię. Pierwszy projekt prowadzi do następnego, porażka okazuje się konieczną lekcją, przypadek nabiera znaczenia, a wszystkie drogi jakimś cudem prowadzą dokładnie tam, gdzie bohater książki znajduje się dzisiaj. Retrospekcja ma tę cudowną właściwość, że potrafi nadać sens nawet temu, co w chwili, gdy się wydarzało, było zwyczajnym chaosem. „Konieczny. Na styk” nie daje Robertowi tego komfortu.

 

Kiedy czytałem tę książkę po raz pierwszy, bardziej od kolejnych historii fascynowało mnie pytanie, jakim cudem w ogóle Konieczny pozwolił, żeby powstała. Znam Roberta od lat, znam również polskie środowisko architektoniczne i wiem, że nie jest to grupa zawodowa szczególnie obojętna na własny wizerunek. Powiedzmy delikatnie: architekci mają do swojego autorstwa stosunek emocjonalny. Trudno zresztą mieć im to całkowicie za złe. Trzeba posiadać sporą wiarę we własne pomysły, żeby przez kilka lat przekonywać inwestora, urząd, wykonawcę i konstruktorów, że linia narysowana kiedyś na papierze rzeczywiście powinna zamienić się w kilka tysięcy ton betonu, stali i szkła. Bez ego trudno byłoby ten zawód wykonywać. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ego staje się równocześnie redaktorem własnej historii. Z czasem nazwisko architekta zaczyna bowiem funkcjonować podobnie jak jego projekty. Buduje się jego znaczenie, język, mitologię i zestaw opowieści powtarzanych w wywiadach oraz na wykładach. Nie projektuje się już wyłącznie budynków. Projektuje się również własną legendę.

 

Robert zrobił rzecz dość przewrotną. Otworzył drzwi i pozwolił wejść do niej innym.Piotr Kozanecki i Bartosz Paturej nie zadowolili się opowieścią głównego bohatera. Ruszyli śladami realizacji KWK Promes i zaczęli odnajdywać ludzi, którzy pamiętali je z zupełnie innego miejsca. Inwestorów, współpracowników, dawnych pracowników, urzędników i osoby, które przez miesiące albo lata znajdowały się blisko Roberta i jego projektów, a później wracały do tych wydarzeń z własnym bagażem doświadczeń. Jedni z zachwytem, inni z dużo mniejszym sentymentem. Każdy, kto prowadził biuro, wie, że były pracownik nie musi być najlepszym kustoszem naszego pomnika. Każdy, kto budował dom, wie również, że architekt i inwestor potrafią kilka lat później opowiadać o tej samej budowie tak, jakby uczestniczyli w dwóch różnych przedsięwzięciach. Dla jednego była to heroiczna walka o zachowanie idei. Dla drugiego seria telefonów, faktur i pytań, dlaczego znowu nie można zrobić czegoś taniej. Właśnie pomiędzy tymi wersjami wydarzeń zaczyna się prawdziwe „Na styk”. Nie chodzi tu nawet o ustalenie, kto miał rację, ponieważ znacznie ciekawsze okazuje się odkrycie, że rację może mieć kilka osób jednocześnie. Architekt walczył o projekt, inwestor o własny dom, pracownik próbował doprowadzić rysunki do końca, urzędnik chciał mieć dokument, pod którym mógł bezpiecznie postawić podpis. Wszyscy znajdowali się przy tym samym stole, tylko każdy siedział po jego innej stronie. Architektura bardzo rzadko pokazuje tę część swojego życia. Zwykle spotykamy ją już po wszystkim, umytą, ukończoną i posprzątaną przed sesją zdjęciową. Samochody znikają sprzed elewacji, kosze na śmieci wyjeżdżają poza kadr, mieszkańcy na chwilę przestają istnieć. Zostaje światło, forma i opis koncepcji, z którego wynika, że wszystko od początku musiało skończyć się właśnie w ten sposób, chociaż w rzeczywistości mogło nie wydarzyć się niemal nic z tego, co oglądamy dziś na fotografiach.

 

Dom po drodze, archiwum prywatne Roberta Koniecznego


Dom po drodze, Fot. Jarosław Syrek

 

W rozmowie z Karolem Owczarkiem dla „Mint Magazine” Robert opowiadał później o zasadach, które autorzy postawili mu na początku. Mieli jeździć do jego realizacji, spotykać się z ludźmi i słuchać tego, co mają do powiedzenia. On sam nie miał później możliwości układania z tych świadectw wersji najbardziej dla siebie komfortowej. Przyznawał, że się tego obawiał. Nic dziwnego, skoro oddawał obcym ludziom nie tylko dostęp do własnych projektów, ale przede wszystkim prawo do rozmowy z tymi, którzy mogli pamiętać jego decyzje zupełnie inaczej niż on. Pada jednak zdanie, które właściwie tłumaczy sens całego przedsięwzięcia: „Chciałem, by ta książka ukazała rzeczywistość, życie ambitnego architekta od kuchni.” – tłumaczył Konieczny. Kuchnia jest tu określeniem wyjątkowo trafnym. Front architektury znamy przecież doskonale. Nagrody, publikacje, wykłady, zdjęcia, otwarcia. Na zapleczu pozostają lata pracy, zmieniane decyzje, źle policzone pieniądze, konflikty, zmęczenie i ludzie, którzy w którymś momencie musieli powiedzieć sobie coś bardzo nieprzyjemnego, żeby kilka lat później budynek mógł wyglądać na fotografii tak, jakby powstał niemal bez wysiłku. Jeszcze ciekawsze jest to, że Robert, czytając kolejne rozdziały, sam odkrywał historie, które pamiętał inaczej. Wydarzenie przechowywane przez lata w jednej wersji nagle dostawało drugą, czasem trzecią. Niektóre sytuacje go bawiły, innych wciąż się wstydził, a książka zaczynała żyć własnym życiem, którego nie dało się już wygładzić tak, jak wygładza się opis projektu przed publikacją. Znając Roberta, właśnie ten brak kontroli nad ostatecznym obrazem wydaje mi się jednym z najbardziej fascynujących elementów całej historii.

 

Robert rzeczywiście nie ma szczególnego talentu do mówienia „wystarczy”. Zawsze mnie to w nim fascynowało i równie często przerażało, bo w jego sposobie pracy bardzo trudno było znaleźć moment, kiedy można spokojnie odsunąć krzesło od stołu i uznać, że rzecz jest skończona. Koniec przychodził dopiero wtedy, kiedy on sam miał poczucie, że doszedł tak daleko, jak tylko potrafił, niezależnie od tego, czy chodziło o budynek, publikację, prezentację, czy wybór kilku fotografii. Kiedy projekt był nominowany do Nagrody im. Miesa van der Rohe i trzeba było wybrać zaledwie kilka zdjęć, które miały w krótkim czasie opowiedzieć jurorom cały budynek, Robert potrafił pracować nad ich selekcją niemal tak, jakby po raz kolejny projektował sam obiekt. Jedna fotografia przesuwała się o miejsce, później wracała, odpadała, znowu pojawiała się w zestawie, zmieniał się kadr, kolejność, rytm opowieści. Przy publikacji w ważnym magazynie działało to podobnie. Nic nie mogło być po prostu wystarczająco dobre, skoro istniało podejrzenie, że można dojść jeszcze kawałek dalej. Łatwo patrzeć na tę cechę przez pryzmat sukcesu i przedstawiać ją jako romantyczny perfekcjonizm człowieka, który nigdy nie idzie na kompromis. Taki obraz jest jednak tylko połową prawdy. W architekturze każda kolejna zmiana oznacza czas, czas bardzo szybko zamienia się w pieniądze, a decyzja podjęta w ostatniej chwili uruchamia następnych ludzi, kolejne godziny pracy i kolejne wydatki. Termin zaczyna się przesuwać, budżet zaczyna puchnąć, a część kosztu ponoszą ludzie pracujący w biurze, inwestorzy i najbliżsi. Robertowi ta niemożność zatrzymania się dała bardzo wiele. Nie mam wątpliwości, że bez niej nie znalazłby się dziś w miejscu, w którym jest, ale widziałem też z bliska, jak bardzo ta sama cecha potrafiła go ograniczać i niszczyć. Sukces oglądamy zazwyczaj po fakcie, kiedy ma piękne fotografie, nagrodę i starannie napisany opis projektu. Rzadziej interesuje nas rachunek wystawiony za niego wcześniej.

 

Galeria Sztuki Współczesnej Plato, archiwum KWK Promes


Galeria Sztuki Współczesnej Plato, Fot. Juliusz Sokołowski

 

Czasami rozmawiam z architektami, którzy na karierę Roberta patrzą z zazdrością albo wręcz z przekonaniem, że miejsce, które zajmuje w polskiej architekturze, dostał zbyt łatwo albo niesłusznie. Słucham tego z pewnym dystansem, ponieważ miałem możliwość zobaczyć coś, czego z zewnątrz zwyczajnie nie widać. Widziałem ilość pracy wkładanej w rzeczy, nad którymi ktoś inny spędziłby godzinę, podczas gdy Robert potrafił poświęcić im kilka dni. Widziałem projekty, które dawno przekroczyły granicę racjonalnego wysiłku, a on nadal szukał rozwiązania. Widzieli to także ludzie pracujący z nim przez lata. Nie oznacza to, że tę cenę należy romantyzować. Znacznie ciekawsze jest to, że ta sama cecha może jednocześnie budować człowieka i go niszczyć, wynosić niezwykle daleko, a równocześnie odbierać zdolność zatrzymania się choćby na chwilę. „Na styk” jest najmocniejsze właśnie wtedy, kiedy perfekcja przestaje być atrakcyjnym słowem z noty prasowej i zaczyna mieć swoje konsekwencje.

 

Po doświadczeniach zawodowych zdobytych w zagranicznych biurach, pierwsze naprawdę ważne doświadczenie pracy z polską pracownią architektoniczną zdobyłem właśnie u Roberta. Zaprosił mnie do KWK Promes i pozwolił wejść w obszar, który dzisiaj nazwalibyśmy managementem, komunikacją czy strategią marki, choć wtedy podobne pojęcia brzmiały w polskim środowisku architektonicznym niemal podejrzanie. Istniał jeszcze bardzo silny mit szczególności zawodu architekta. Architekt miał przede wszystkim projektować, ewentualnie rozmawiać o swoich projektach z innymi architektami. Środowisko posiadało własne czasopisma, konferencje, konkursy, język i kod kulturowy, funkcjonując w dużym stopniu samo dla siebie. Odbiorca spoza branży dostawał gotowy rezultat i nie był specjalnie zapraszany do rozmowy o tym, dlaczego jego miasto wygląda właśnie tak. Moja praca w KWK Promes  tę granicę świadomie przesuwała. Najpierw przez internet. Facebook dopiero stawał się narzędziem komunikacji, media społecznościowe nie pełniły jeszcze żadnej z funkcji, które dziś wydają nam się oczywiste, a regularny newsletter pracowni architektonicznej był w Polsce raczej eksperymentem niż standardem. Rozwijaliśmy stronę internetową, zaczęliśmy regularnie opowiadać o projektach i budowaliśmy kanały komunikacji, które znałem z doświadczeń zagranicznych.Prawdziwa zmiana wydarzyła się jednak wtedy, kiedy zdecydowaliśmy się wyprowadzić Roberta poza media architektoniczne, do telewizji śniadaniowej, magazynów lifestyle’owych i rozmów z ludźmi, którzy nie mieli najmniejszego obowiązku wiedzieć, kto właśnie dostał ważną nagrodę architektoniczną. Reakcja środowiska była, delikatnie mówiąc, chłodna.Pamiętam określenia o „parciu na szkło”, robieniu z siebie gwiazdy, potrzebie bycia celebrytą. Konieczny był przedstawiany jako ktoś, kto zamiast po prostu projektować, zbyt chętnie chce być widoczny. Robert bardzo to przeżywał, bo drażniło go sprowadzanie całej próby otwarcia rozmowy o architekturze do kwestii próżności. Oczywiście można powiedzieć, że rozpoznawalność mu służyła i byłoby absurdem temu zaprzeczać. Otwierała drzwi, wzmacniała pozycję pracowni, pomagała budować nazwisko. Tyle że dla mnie był to tylko jeden z poziomów tej historii. Drugim, znacznie ciekawszym, była próba poszerzenia rozmowy o architekturze i pokazania ludziom, że przestrzeń nie jest prywatną sprawą architektów oraz inwestorów. Budynki przy naszych ulicach nie spadają z nieba. Ktoś zdecydował o ich wysokości, ktoś o relacji z chodnikiem, ktoś wybrał materiał, ktoś dopuścił określony sposób zabudowy, a każda z tych decyzji wpływa później na sposób, w jaki żyjemy. Dzisiaj brzmi to banalnie, ale wtedy wcale takie nie było.Nie istniał jeszcze szeroki obieg książek o architekturze i mieście, które czytało się jak reportaż czy dobrą powieść. Filip Springer nie wykonał jeszcze pracy polegającej na przeniesieniu rozmowy o przestrzeni do głównego nurtu. Ważnych tłumaczeń było niewiele, a sama architektura pojawiała się w debacie publicznej zwykle wtedy, kiedy wybuchała afera, protest albo odsłaniano spektakularny nowy budynek. W takim świecie Robert pojawiał się w telewizji i prostym językiem mówił, dlaczego dom się przesuwa, co robi z człowiekiem ściana, dlaczego jedna ulica działa, a inna nie, w jaki sposób decyzja projektowa wpływa na codzienne życie mieszkańca. Nie chodziło o robienie z widza studenta architektury, tylko o pokazanie mu, że architektura dotyczy jego życia, więc ma pełne prawo zadawać jej pytania. To rozróżnienie wydaje mi się kluczowe. Nie próbowaliśmy wyłącznie popularyzować Roberta. Jego rozpoznawalność miała stać się narzędziem do popularyzowania samej rozmowy o architekturze.

 

Dom Bezpieczny, archiwum prywatne Roberta Koniecznego


Dom Bezpieczny, Fot. Olo Studio

 

Z perspektywy lat widać, że ten eksperyment z wyjściem z branżowej bańki zadziałał. Dzisiaj nikogo nie dziwi architekt mówiący do szerokiej publiczności, występujący w telewizji, prowadzący podcast, komentujący przestrzeń w mediach społecznościowych czy piszący książkę dla ludzi spoza zawodu. Wręcz oczekujemy, że architekt będzie potrafił wytłumaczyć, dlaczego robi to, co robi, ponieważ coraz lepiej rozumiemy, że społeczeństwo świadome mechanizmów kształtowania przestrzeni ma większą szansę naprawdę o niej współdecydować.

 

Nie zamierzam twierdzić, że wszystko zaczęło się od jednej kanapy w śniadaniówce, bo byłoby to efektowne, ale nieprawdziwe. Mogę jednak powiedzieć z pełnym przekonaniem, ponieważ sam w tym uczestniczyłem, że Robert należał do pierwszych polskich architektów, którzy tak świadomie i konsekwentnie potraktowali komunikowanie się poza środowiskiem jako część swojej pracy. Przez pewien czas łatwiej było nazwać go gwiazdorem, niż przyznać, że być może zmienia się właśnie sposób funkcjonowania całego zawodu. Ta lekcja została ze mną na długo. Dopiero po latach zobaczyłem, jak bardzo okres pracy z Robertem wpłynął na moje późniejsze decyzje, potrzebę stworzenia własnego magazynu i przekonanie, że o architekturze można mówić poprzez kulturę, politykę, pieniądze, design oraz codzienne życie, nie zamykając jej w języku zrozumiałym wyłącznie dla wtajemniczonych. Część tej drogi zaczęła się właśnie w KWK Promes i za to jestem Robertowi do dziś wdzięczny.

 

Moja relacja z „Na styk” jest dodatkowo skomplikowana przez fakt, że sam pojawiam się na jej stronach. Czytanie książki, w której ktoś przytacza twoje wspomnienia, jest doświadczeniem dość osobliwym, ponieważ własna pamięć, którą człowiek dotąd traktował jako prywatną wersję przeszłości, zostaje nagle wydrukowana, oprawiona i ustawiona obok pamięci innych osób, które często widziały te same sytuacje zupełnie inaczej. Właśnie dlatego konstrukcja tej książki wydaje mi się tak uczciwa. Kozanecki i Paturej nie próbują zamienić wszystkich głosów w jeden zgodny chór, lecz pozwalają im się rozmijać, zostawiając pomiędzy nimi szczeliny, w których czytelnik może sam zdecydować, komu bardziej wierzy, albo dojść do znacznie ciekawszego wniosku, że wybór wcale nie jest konieczny. Architekt może przecież szczerze uważać, że walczy o jakość projektu, a inwestor może równie szczerze pamiętać ten sam moment jako walkę o budżet i własne zdrowie psychiczne. Obaj mogą mieć rację, ponieważ budynek powstaje dokładnie pomiędzy tymi dwiema perspektywami. To chyba jedna z przyczyn, dla których architektura jest tak fascynująca. Na końcu dostajemy coś bardzo konkretnego, ciężkiego i materialnego, podczas gdy droga prowadząca do rezultatu składa się głównie z rzeczy, których nie da się dotknąć: ambicji, kompromisów, konfliktów, pieniędzy, zaufania, strachu, zmęczenia i uporu. Fotografia gotowego budynku niemal nigdy tego nie pokazuje. Dobra książka czasami potrafi.

 

Robert wielokrotnie opowiadał o początkach swojej kariery, również mnie, wracając do czasu, kiedy pomysłów było zdecydowanie więcej niż pieniędzy, doświadczenia i świadomości tego, ile wszystkie te ambicje mogą kosztować. W takich opowieściach bardzo łatwo po latach zbudować romantyczny mit młodego architekta, który ryzykuje, wierzy w swoją wizję, cierpi, lecz ostatecznie wygrywa. Prawdziwe życie było jednak znacznie mniej eleganckie. Pierwszą osobą, która ponosiła tę cenę razem z nim, była Marlena Wolnik, wówczas jego żona i architektka, z którą budowali początki pracowni. Życie prywatne i zawodowe splatało się ze sobą tak mocno, że granica pomiędzy biurem, projektem i domem właściwie znikała. Robert sam wielokrotnie opowiadał o tamtym okresie bez większego upiększania, ponieważ także tam widać było, jak dużo potrafi kosztować jego niemożność odpuszczania. Później pojawiali się następni ludzie, współpracownicy, inwestorzy i osoby uczestniczące w realizacjach, które wchodziły w ten sam mechanizm napędzany przekonaniem, że zawsze można dojść jeszcze kawałek dalej.

 

Szczególnie dobrze widać to przy Domu Bezpiecznym. Dzisiaj znamy gotowy budynek, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich domów ostatnich dekad, z ruchomymi ścianami, zamykającą się bryłą i filmami, które obiegły świat. Sukces działa jak bardzo skuteczny korektor pamięci, dlatego po latach wszystko wydaje się warte ceny. W chwili rozpoczynania projektu nikt nie wiedział jednak, jak ta historia się skończy. Robert sam mówił, że gdyby wszyscy od początku mieli pełną świadomość tego, ile energii, zdrowia i nerwów pochłonie realizacja, być może wcale by jej nie rozpoczęli. To zdanie często wraca do mnie, kiedy myślę o jego karierze, ponieważ znakomicie podważa prostą narrację, w której kolejne punkty układają się w elegancką i logiczną trajektorię. Pierwsze domy, zagraniczne publikacje, nagrody, Centrum Dialogu Przełomy, Arka, PLATO. Z dzisiejszej perspektywy wszystko wygląda tak, jakby musiało prowadzić właśnie tutaj, choć w rzeczywistości wystarczyło kilka innych decyzji, jeden inwestor mniej, jeden projekt, którego nie udałoby się udźwignąć, jedno zmęczenie więcej. Robert w wielu takich momentach nie odpuszczał, co jest jednocześnie najbardziej fascynującą i najbardziej niepokojącą częścią jego historii.

 

„Na styk” pozwala zobaczyć, że za architekturą, którą później podziwiamy w magazynach, nie stoi abstrakcyjny geniusz autora, tylko lata życia bardzo konkretnych ludzi, ich czas, relacje, cierpliwość, pieniądze i emocje, czasami także rzeczy, których później nie można już odzyskać. Dlatego nie chcę czytać tej książki jako historii wielkiego architekta, który dzięki bezkompromisowości doszedł na szczyt, bo byłaby to wersja efektowna, ale zbyt łatwa. Znacznie ciekawsze wydaje mi się pytanie, ile właściwie można poświęcić dla architektury i w którym momencie ambicja przestaje być wyłącznie siłą napędową, a zaczyna stawać się kosztem. Robert przez większą część kariery odpowiadał na to pytanie raczej własnym życiem niż deklaracjami.

 

 

„Konieczny. Na styk” dostało właśnie drugie życie. Powstał audiobook czytany przez Piotra Kozaneckiego, jednego z autorów książki, a wersję audio uzupełnia dodatkowy materiał, w którym sam Robert opowiada o kulisach finału Nagrody im. Miesa van der Rohe, kiedy galeria PLATO w Ostrawie znalazła się w gronie pięciu finalistów. Końcówka wakacji wydaje mi się bardzo dobrym momentem, żeby do tej historii wrócić albo poznać ją po raz pierwszy. „Na styk” ma świetny rytm, ponieważ każdy projekt otwiera następną historię, zmieniają się ludzie, miejsca i perspektywy, a Robert pojawia się w kolejnych wspomnieniach za każdym razem trochę inny. Po pewnym czasie trudno już rozstrzygnąć, czy słuchamy książki o architekturze, ambicji, biznesie, polskiej transformacji czy po prostu o szczególnym rodzaju uporu, który potrafi człowieka zaprowadzić bardzo daleko.

 

Audiobook dostępny jest w Audiotece, Empiku, Storytel i BookBeat.