ArchitectureCultureDesign

Kiedy kończą się etykiety

Anna Domin


„Proud” zaczyna się jak opowieść o tożsamości, ale bardzo szybko okazuje się historią o czymś znacznie bardziej uniwersalnym. To serial o momencie, w którym życie zmusza nas do dorastania i wzięcia odpowiedzialności za drugiego człowieka.  

 

 

Czerwiec od ponad pięćdziesięciu lat obchodzony jest na świecie jako Miesiąc Dumy (Pride Month). To właśnie w tym miesiącu wspominane są wydarzenia w nowojorskim Stonewall z 1969 roku, które zapoczątkowały walkę osób LGBTQ+ o równe prawa i społeczną widzialność. Dziś Pride Month ma wiele znaczeń. Dla jednych jest świętem wolności i różnorodności, dla innych okazją do rozmowy o prawach człowieka, języku, odpowiedzialności i miejscu, jakie dajemy sobie nawzajem w społeczeństwie. Mam jednak wrażenie, że wokół tego tematu bardzo łatwo popaść w dwie skrajności. Albo wszystko sprowadza się do polityki i ideologicznych sporów, albo do kolorowych parad, symboli i prostych haseł. Tymczasem najlepsze filmy i seriale potrafią zrobić coś znacznie trudniejszego. Zdejmują z bohaterów etykiety i zostawiają nas sam na sam z człowiekiem. Z jego lękiem, stratą, odpowiedzialnością, miłością i momentami, które na zawsze zmieniają życie.

 

 

Po „Proud” sięgałam z dużą rezerwą. Kilka dni wcześniej obejrzałam poruszającą „Pieśń o nocy” Oskara Sadowskiego i miałam poczucie, że trudno będzie mi od razu wejść w kolejną opowieść o tożsamości i potrzebie akceptacji. Nie dlatego, że takich historii jest za dużo. Raczej dlatego, że coraz częściej opowiadamy je tym samym językiem. Sporu, manifestu albo prostego wzruszenia. Dostałam dostęp do dwóch pierwszych odcinków jeszcze przed premierą. To zbyt mało, by oceniać cały serial, ale wystarczająco dużo, żeby zobaczyć kierunek, który obrali twórcy. Mam przeczucie, że „Proud” będzie jedną z ciekawszych premier tego lata. Nie dlatego, że podejmuje temat, którego wcześniej nie było. Wręcz przeciwnie. Jego siła polega na tym, że bardzo szybko okazuje się, iż nie jest to historia przede wszystkim o orientacji seksualnej. Filip, grany przez Ignacego Lissa, jest młody. Żyje szybko, nie planuje daleko do przodu i wierzy, że odpowiedzialność zawsze przychodzi później. Wszystko kończy się w chwili, gdy umiera jego siostra. Zostaje tylko on i jej kilkunastomiesięczna córka. W jednej chwili świat przestaje być projektem na przyszłość, a staje się zadaniem do wykonania tu i teraz. Właśnie wtedy pomyślałam, że ten serial opowiada o czymś znacznie bardziej uniwersalnym. Każdy z nas ma przecież taki moment, po którym mówi: od tego dnia już nic nie było takie samo. Dla jednych będzie to śmierć rodzica, dla innych choroba, rozwód, narodziny dziecka, utrata pracy albo telefon odebrany w środku nocy. Są wydarzenia, które brutalnie wyrywają nas z codzienności. Zabierają rutynę, poczucie bezpieczeństwa i zmuszają do dorastania, niezależnie od wieku. Nie wybieramy tych chwil. One po prostu przychodzą.

 

W tym sensie „Proud” jest przede wszystkim historią o odpowiedzialności. O momencie, w którym życie odbiera nam komfort pozostawania wyłącznie odpowiedzialnym za siebie. To bardzo ciekawy punkt wyjścia. Twórcy nie zamieniają Filipa w symbol ani manifest. Pozwalają mu być człowiekiem. Zagubionym, chwilami egoistycznym, niedojrzałym, ale próbującym odnaleźć się w rzeczywistości, której sam sobie nie wybrał. Ta przemiana nie odbywa się przez wielkie deklaracje. Rozgrywa się w codzienności, w zmęczeniu, irytacji, drobnych gestach i decyzjach, które z pozoru wydają się nieistotne.

 

W obsadzie, obok Ignacego Lissa, pojawiają się także Kamil Studnicki, Maria Sobocińska, Maja Ostaszewska, Joanna Kulig i Mateusz Więcławek. To aktorzy, którzy nie próbują dominować nad historią, ale są jej częścią. Mam jednak z aktorstwem pewien problem. To oczywiście bardzo subiektywne odczucie, ale Ignacemu Lissowi nie od razu uwierzyłam jako Filipowi. Być może wciąż zbyt mocno pamiętam go z „Znachora” czy „Światłoczułej”, a może po prostu potrzebuję jeszcze kilku odcinków, żeby przestać widzieć aktora i zacząć widzieć bohatera. Podobne wrażenie miałam momentami także przy kilku innych rolach. Zdarzały się sceny, w których bardziej dostrzegałam dobrze skonstruowaną emocję niż emocję naprawdę przeżytą. Nie przekreśla to jednak serialu. Wręcz przeciwnie. Mam poczucie, że jego bohaterowie dopiero się odsłaniają. Ogromnym atutem „Proud” jest natomiast muzyka. Nie pełni funkcji ilustracyjnej. Jest obecna niemal na równych prawach z obrazem. Buduje rytm, napięcie i emocje, czasem opowiada więcej niż dialogi. Są sceny, w których to właśnie ona prowadzi widza przez historię i daje bohaterom przestrzeń na milczenie. Bardzo lubię kino, które ufa muzyce równie mocno jak słowu.

 

 

Po dwóch odcinkach nie znam jeszcze odpowiedzi na wszystkie pytania, które stawia „Proud”. I dobrze. Dobry serial nie powinien rozdawać ich zbyt szybko. Powinien zostawić widza z ciekawością, nie z poczuciem domknięcia. Mnie zostawił.

Może właśnie dlatego tak dobrze wpisuje się w Miesiąc Dumy. Nie dlatego, że jego bohater jest gejem. Raczej dlatego, że przypomina o czymś znacznie bardziej uniwersalnym. Prędzej czy później życie każdemu z nas odbiera komfort bycia tylko „dla i za siebie”. Wtedy naprawdę przestają mieć znaczenie wszystkie etykiety. Zostaje tylko pytanie, czy potrafimy wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka. I właśnie dlatego po drugim odcinku najbardziej interesuje mnie nie to, dokąd zaprowadzi Filipa jego orientacja. Chcę zobaczyć, dokąd zaprowadzi go dorosłość.