ArchitectureCultureDesign

Gdyby Basquiat miał 48 metrów w Śródmieściu

Tekst: Anna Domin

Zdjęcia: MOOD AUTHORS

 

Czy wnętrze może mieć temperament artysty? Patrząc na ten warszawski apartament, trudno oprzeć się wrażeniu, że tak. Zamiast spokojnego tła dostajemy mocny głos. Zamiast dekoracji – manifest. A jednak za tą pozorną spontanicznością kryje się niezwykła dyscyplina projektowa. To przestrzeń, która przypomina, że design nie zawsze musi uspokajać. Czasem powinien prowokować.

 

 

Gdyby Jean-Michel Basquiat mieszkał dziś w Warszawie i miał do dyspozycji czterdzieści osiem metrów w przyziemiu nowej plomby, mogłoby to wyglądać mniej więcej tak: surowy beton na suficie, czarna kreska rozlana po ścianie jak krzyk, pantera z gorączkowym spojrzeniem i napis „I’M THE BEST” wykrzyczany farbą, nie wykaligrafowany, ale wydrapany. Tyle że Basquiat, przyznajmy szczerze, zrobiłby w takim mieszkaniu straszliwy bałagan. Tu bałaganu nie ma. Jest coś dokładnie odwrotnego, okiełznany żywioł  i każdy najmniejszy gest odmierzony co do centymetra. Ekspresja, której ktoś dał ramy, nie zabierając jej temperatury. Tym kimś jest Gosia Kotyczka z pracowni OBIEKTY STUDIO. Samo mieszkanie należy do Kamila Zielińskiego, twórcy marek Górna Półka, Upper Half i Zieliński Interior – człowieka, który sam projektuje meble i najwyraźniej wiedział, w co się pakuje, zamawiając wnętrze bliższe manifestowi niż lokum na sprzedaż.

 

Od samego początku 

 

Już przy drzwiach widać, że nikt tu nie szedł na kompromisy. Lustra, dwustronna szafa, geometryczne bryły – wszystko to co w innym mieszkaniu byłoby ciasnym przejściem, tutaj staje się sekwencją odbić i prześwitów. Na ścianie i drzwiach widzimy mural Karola Gawrońskiego, artysty, którego kreska jest w tym projekcie praktycznie wszędzie jako coś wbudowanego w architekturę, coś co wrosło w tę przestrzeń i w zasadzie nie wiadomo, który element był tu tym pierwszym, wyznaczającym kierunek.  Nieregularna, rzeźbiarska konsola Hedera od Embassy Interiors, która przypomina bardziej obiekt niż mebel, łapie światło razem z lustrami. Ta sama marka odpowiada za większość oświetlenia w mieszkaniu: kinkiety w kuchni, lampy w salonie i łazience, subtelną geometrię inspirowaną art déco, która tonuje surowość natynkowej instalacji elektrycznej poprowadzonej po suficie jak metalowy rysunek. To dopiero początek zachwytów. Prawdziwy ciężar tej sceny czeka na nas w sypialni.

 

Gawroński zamiast Świętej Rodziny 

 

W porządnym katolickim domu z ludową tradycją wisiała kiedyś Święta Rodzina. Czasem sam krzyż, czasem Serce Jezusa, zawsze ktoś, kto miał czuwać nad snem domowników. W mieszkaniu Kamila tę rolę do spełnienia zostawiono Gawrońskiemu: monumentalna, szkicowa głowa, zmieniająca skalę małego pokoju. Nie błogosławi, tylko patrzy. Trudno się oprzeć wrażeniu, że sztuka współczesna przejęła jakby tę samą funkcję, tylko już bez pretensji do świętości. Pod nią możemy położyć się na łóżku  Aria od Górnej Półki wykończonym fornirem ALPI według projektu Ettore Sottsassa.  Ten rysunek forniru to nic innego jak świadoma sygnatura stylu Memphis, postmodernistycznego buntu lat 80., w którym dekoracja przestała przepraszać i kulić się za to, że jest dekoracją. Nad łóżkiem wisi  lampa LOZY, prototyp berlińskiego Studio OE, zaprojektowany w konsultacji technicznej z Aleksandrą Jakuć, przy pośrednim udziale Touching Points. Nazwa, którą warto zapamiętać: kilka miesięcy temu Studio OE pokazało własne krzesło z Vitrą w Kopenhadze, a srebrna wersja tej samej lampy wraca w salonie w różu, jak wpadający w ucho refren.

 

 

Nawet grzejnik ma tu coś do powiedzenia. Ceramiczny Tubes Milano udaje instalację przemysłową, a w gruncie rzeczy mógłby być rzeźbą. Nie wiem już, czy wolałabym leżeć na łóżku, czy na podłodze. Winny jest pled, ręcznie tkany, kolorowy, futrzasty, jedyny moment w mieszkaniu, w którym forma pozwala sobie na czystą przyjemność dotyku. Może właśnie o to chodzi: każdy dodatek jest tu konsekwencją tego, co było przed nim, i zapowiedzią tego, co przyjdzie po. Za przegrodą czeka salon z kolejną, a jakże by inaczej, odsłoną Gawrońskiego, tym razem w towarzystwie pantery. 

 

Nikt tu nie siedzi w ciszy

 

Tu jest ich najwięcej: wzorów, kolorów, kontrastów. Zasłony Dekoma w trzech odcieniach ombre zmiękczają beton, kontrastując z przegrodą z forniru ALPI Maritime Pine projektu Kengo Kumy, dekorem inspirowanym korą sosny, który ma w sobie coś z japońskiego rzemiosła i jednocześnie z gęstości dżungli naraz. Zestawienie fotela Pollock Armchair Charlesa Pollocka z 1960 roku dla Vitry z polskim fotelem Parfait od Nobonobo to rozmowa między dyscypliną modernizmu a miękkością współczesnego projektowania  i szczerze, to jedno z ładniejszych zdań, jakie to wnętrze wypowiada bez słów. Na futrzanym dywanie aż chce się położyć, czy ceramiczny lampart w rogu pilnuje, żeby nikt nie robił tego zbyt spokojnie? Okrągłe lustro w oprawie z ciemnego forniru umieszczone centralnie nad brązową sofą chwyta w kadr kolejną głowę Gawrońskiego z sąsiedniego pokoju, jakby ktoś ustawił tę scenę do zdjęcia, zanim ktokolwiek zdążył odegrać tu swoją rolę. Horyzontalna zabudowa od Zielińskiego Interior, z frontami obitymi grafikami, tak, tak, Gawrońskiego z napisem „I’m the best” to w zasadzie nieoficjalny kręgosłup mieszkania. Ukryty telewizor, ukryta lodówka, a nad wszystkim neon „kitchen open late_”, który jest chyba najbardziej szczerym zdaniem w całym projekcie i niepisaną obietnicą, że tu, tak jak w mieszkaniach naszych rodziców w latach 90., będzie się siedzieć w kuchni do białego rana.

 

Otwarte do późna

 

…I dotrzymuje słowa. Stal Ciarko odbija kolory o każdej porze dnia, zamiast je zagłuszać. Czerwony ekspres La Marzocco od Coffeedesk stoi na tym tle jak mały eksponat, ale to żółty stół, zaprojektowany specjalnie do tego wnętrza, z otworem w środku, który jest bardziej pauzą niż brakiem, organizuje wszystko wokół siebie. Krzesła: ikoniczny model 3107 Arne Jacobsena, metalowe formy Zieta Studio wykonane w technologii FIDU, krzesło LUV Zuzanny Muszalskiej dla Górnej Półki…wszystko do wspólnego siedzenia. Żółty stołek Plopp i lampa Blade, oba od Zieta Studio, domykają tę kolorystyczną nutę. Nad stołem pęcznieje bąbelkowa lampa Puff Buff. Na stole, żeliwo TUDI, marka, która od dawna gości na stołach najlepszych warszawskich kuchni i ceramika Aleksandry Sikorskiej spod szyldu czarnejestdobre, w tym ceramiczna pantera, która mrugnie okiem do muralu w salonie, jeśli się jej dobrze przyjrzeć. Cała ta energia chowa się za jedną, niepozorną taflą lustra.

 

 

Drugą połowę dopisuje lustro

 

Wejście do łazienki niemal znika za lustrzaną taflą, celowy zabieg, który nie tylko powiększa optycznie wnętrze, ale rozmywa granicę między tym, co realne, a tym, co odbite. W środku  mozaika Trufle Mozaiki odtwarzająca tylko połowę pracy Gawrońskiego „Arena”. Drugą połowę dopisuje lustro. Ring boksu domyka się dopiero wtedy, kiedy ktoś na niego patrzy. Można to czytać dosłownie, można też symbolicznie jako codzienną konfrontację z samym sobą, która nigdy nie jest gotowa, dopóki ktoś nie stanie przed nią twarzą w twarz. Detale dopowiadają ciąg dalszy historii. Trawertyn od Kamieniarza Warszawskiego, armatura Omnires i  fornirowany postument pod umywalkę stanowią część mieszkania, w której materiał mówi ciszej, ale równie precyzyjnie. 

 

 

Basquiat na smyczy 

 

Basquiata i to mieszkanie różni jedno: dyscyplina. On pozwalał, żeby farba kapała, gdzie popadnie, tu każda kropla mogłaby mieć swój adres. Czterdzieści osiem metrów kwadratowych okazuje się wystarczające, żeby pomieścić ikonę modernizmu obok polskiego rzemiosła, japoński fornir obok warszawskiego neonu, ekspresję uliczną obok trawertynu i jeszcze nie stracić przy tym spójności. To mieszkanie mówi o Kamilu więcej, niż powiedziałby o sobie sam. Smak bez zadęcia. Klasa, która nie potrzebuje potwierdzenia. Sztuka Gawrońskiego nie wisi tu jak trofeum, ale żyje razem z człowiekiem, który ją wybrał, pokój po pokoju. Nie wiem, jakim powietrzem się tu oddycha,  czy unosi się w nim coś gęstszego? Czy czuć mieszankę farby, forniru i wszystkich scen, które te wnętrze odgrywa. Podejrzewam, że tu jest to ciekawe  życie, pełne uniesień, pozbawione kompromisów. Może właśnie o to chodzi w dobrym projektowaniu: nie o to, żeby uciszyć różnorodność, tylko żeby dać jej ramy, w których możemy krzyczeć… razem z Gawrońskim.