Czułość, która buduje
„Inwestor bez czułości buduje tymczasowo, inwestor z czułością negocjuje przyszłość miasta” – mówi Krzysztof Giemza, architekt z wykształcenia, prokurent w Echo Investment. W rozmowie z Marcinem Szczeliną tłumaczy, dlaczego miękka kategoria uważności i empatii coraz częściej staje się twardym parametrem inwestycji. Opowiada o transformacyjnych latach 90., o tym, jak architekci i inwestorzy przestali ze sobą rozmawiać, oraz o tym, że czułość w urbanistyce to nie sentymentalny gest, ale narzędzie realnego negocjowania przyszłości miasta.

Fot. Bartek Barczyk
Marcin Szczelina: Jesteś architektem, ale bardzo szybko przeszedłeś na stronę inwestora. To wciąż dla wielu środowiskowych purystów coś „niewybaczalnego”. Dlaczego zdecydowałeś się na ten krok?
Krzysztof Giemza: Zaczynałem pracę na początku lat 90., w czasie transformacji. Architektura w Polsce praktycznie leżała w gruzach – stare instytucje się rozpadały, nowe jeszcze nie powstały. Chciałem projektować, ale realnie nie było gdzie. Trafiłem do urzędu miasta, gdzie poznałem mechanizmy planistyczne i prawne. Potem do wielkiej firmy wykonawczej, w której byłem dyrektorem biura projektów. I bardzo szybko zrozumiałem, że samo projektowanie to za mało.
Naturalnym krokiem była współpraca z przedsiębiorcami, którzy zaczynali tworzyć nowy rynek nieruchomości. Słowo „deweloper” jeszcze wtedy w Polsce nie funkcjonowało. Ale to właśnie w tamtym momencie rodziła się branża, która dziś w dużej mierze decyduje o kształcie naszych miast.
Czyli przypadek i transformacja?
Trochę przypadek, trochę konsekwencja. Widziałem, że aby naprawdę wpływać na przestrzeń, trzeba być po stronie, która ma narzędzia i kapitał. Architekt może narysować piękną wizję, ale jeśli nie ma inwestora, który ją udźwignie, zostaje w szufladzie. Ja chciałem być w miejscu, w którym decyzje projektowe mają szansę się materializować.
Nowy numer Archisnoba poświęcony jest czułości w architekturze. Kiedy o niej myślę, przychodzi mi na myśl „Czuły narrator” Olgi Tokarczuk – metafora uważnego spojrzenia, które nadaje światu sens i głębię. Czy taka postawa jest Ci bliska w myśleniu o architekturze i mieście?
Bardzo. Tokarczuk pisze, że świat jest tkaniną utkaną z historii, emocji, relacji i znaczeń – i to dla mnie niezwykle trafne w odniesieniu do przestrzeni. Architektura jest właśnie takim przędzeniem: nadawaniem sensu miejscom, które kształtują naszą codzienność. Czułość to nie jest miękkość – to zdolność do dostrzegania niuansów, do empatii wobec ludzi, krajobrazu i historii. Bez niej architektura traci duszę. To czułość sprawia, że przestrzeń nie jest tylko budynkiem, ale opowieścią o wspólnocie.
Dlaczego, Twoim zdaniem, relacja architekt–inwestor tak bardzo się w Polsce popsuła?
Architekci nie potrafili przekonać inwestorów, że architektura ma realną wartość – nie tylko estetyczną, ale też społeczną i ekonomiczną. Bardzo często komunikują się we własnym żargonie, niezrozumiałym dla biznesu. Inwestorzy grzecznie kiwają głową, a potem robią po swojemu. Z drugiej strony wielu inwestorów uznało, że architektura jest jedynie kosztem. A to nieprawda. Właśnie dobra architektura potrafi zwiększyć wartość inwestycji i wyróżnić ją na rynku. To widać w przykładach najlepszych projektów, gdzie jakość przestrzeni staje się atutem marketingowym i ekonomicznym.
Jak w tej rzeczywistości Ty odnajdujesz sens swojej pracy?
Przeszedłem przez wiele ról – od projektanta, przez urzędnika, po menedżera procesów inwestycyjnych. Dzięki temu rozumiem, jak działa cały mechanizm i jak wiele jest w nim kompromisów. Ale uważam, że kompromisy nie muszą oznaczać utraty jakości. Wręcz przeciwnie – można je wykorzystać do negocjowania wartości dodanej dla miasta.
Często słyszy się, że inwestorzy budują „na chwilę”, bez myślenia o długofalowych skutkach. Ty mówisz o negocjowaniu wartości dodanej. Jak byś to ujął w jednym zdaniu?
Inwestor bez czułości buduje tymczasowo, inwestor z czułością negocjuje przyszłość miasta. To zdanie dobrze podsumowuje, czym dla mnie jest praca – nie tylko Excel i metry kwadratowe, ale umiejętność prowadzenia dialogu z miastem, architektem i mieszkańcami.
Czy uważność i empatia rzeczywiście mogą stać się parametrem inwestycji?
Dokładnie tak. To nie jest naiwność – to strategia, która przynosi długofalowe korzyści. Inwestycja bez czułości może się zwrócić szybciej, ale bardzo często nie wytrzymuje próby czasu. Inwestycja z czułością staje się częścią tkanki miejskiej – i to jest największy kapitał.
Na czym najczęściej ta czułość się „rozjeżdża”?
Krzysztof Giemza: W momentach krytycznych – przy value engineering, kiedy ktoś mówi: zrezygnujmy z jakościowego szkła, bo będzie taniej. Albo: skróćmy wysokość holu, bo zmieścimy więcej metrów. Jeśli architekt i inwestor nie mają wspólnego przekonania, że pewnych rzeczy nie można poświęcić, czułość znika i zostaje wyłącznie tabelka. Ale gdy uda się obronić wartości, okazuje się, że to, co wydawało się kosztem, staje się wyróżnikiem projektu.

fot. Bartek Barczyk
A gdzie Ty stawiasz granicę kompromisu?
Tam, gdzie architekt traci władzę nad projektem. Kiedy decydują już nie ludzie odpowiedzialni za przestrzeń, tylko kalkulacje bez zrozumienia. Oczywiście – negocjacje zawsze są. Ale jeśli architekt przestaje być partnerem, a staje się dekoratorem, wtedy kończy się rozmowa o jakości.
Czułość to piękne hasło, ale jak wygląda w codziennych relacjach z miastem, urzędnikami, mieszkańcami?
Czułość to dialog. Można po spotkaniu z urzędnikami powiedzieć: „nic nie rozumieją, katastrofa”. Ale można też potraktować partnera poważnie i spróbować zrozumieć jego perspektywę. Przykład: miasto mówi, że tu musi być szkoła albo park. Można to zignorować i wejść w konflikt, albo można potraktować tę uwagę jako wyzwanie i włączyć ją w projekt. To wymaga odwagi, ale właśnie w ten sposób powstają inwestycje, które trwają, a nie tylko stoją.
Powiedziałeś kiedyś, że talent w architekturze potrafi być demoralizujący. Co miałeś na myśli?
Talent bez pokory i bez empatii staje się narzędziem ego. Architektura wtedy produkuje piękne wizje, które nie mają żadnego przełożenia na życie miasta. Ja wierzę, że najważniejszą rolą architekta jest bycie partnerem – kimś, kto potrafi rozmawiać z inwestorem i zrozumieć, że projekt to nie dzieło sztuki, tylko fragment wspólnej przestrzeni.
Jakiej współpracy z architektami dziś oczekujesz?
Odwagi i partnerstwa. Nie oczekuję projektów „ładnych”, ale projektów świadomych. Architekt powinien umieć negocjować – nie tylko formę, ale sens. Powinien rozumieć, że prefabrykacja czy nowe technologie nie muszą oznaczać rezygnacji z wartości. Że ekologiczne regulacje nie są ograniczeniem, ale szansą. Najbardziej cenię tych architektów, którzy nie boją się mówić językiem inwestora, a jednocześnie bronią jakości przestrzeni.
Czy w ogóle można powiedzieć, że czułość w urbanistyce się „zwraca”?
Tak, choć często w inny sposób, niż myślimy. W krótkiej perspektywie inwestor chce jak najszybciej sprzedać powierzchnię. Ale w dłuższej – właśnie te projekty, które miały w sobie czułość, zyskują najwyższą wartość. Ludzie chcą w nich mieszkać, pracować, wracać do nich. To przekłada się na stabilność inwestycji.
Na koniec – jeśli miałbyś zostawić czytelnikom jedno przesłanie o roli inwestora w mieście, to jakie by ono było?
Chciałbym, żebyśmy zaczęli inaczej patrzeć na inwestorów. Nie jak na tych, którzy wyłącznie stawiają budynki dla szybkiego zysku, ale jak na współtwórców przestrzeni, w której żyjemy. Bez czułości inwestycja jest tylko murem i betonem, które starzeją się szybciej, niż spłacone kredyty. Z czułością projekt staje się częścią tkanki miasta – czymś, co ludzie adoptują, oswajają i włączają w swoją codzienność. Miasto to nie Excel, miasto to wspólnota. Jeśli inwestorzy nie nauczą się jej słuchać, będą zawsze budować tylko na chwilę. A jeśli nauczą się rozmawiać, negocjować i działać z empatią, to wtedy naprawdę staną się współautorami przyszłości.




