ArchitectureDesignSuccess stories

Architektura bez pośpiechu

 

– Myślę, że mamy w kraju bardzo duży potencjał talentu, ale warto zawiesić sobie poprzeczkę trochę wyżej i poświęcać więcej czasu na rozmowy. W Polsce często za bardzo się spieszymy – mówi Piotr Kalinowski. Z założycielem biura MIXD rozmawia Marcin Szczelina.

 

Fot. Vlad Baranov

 

Marcin Szczelina: Czym dla ciebie jest troska i uważność w architekturze? Zwłaszcza w twojej własnej praktyce zawodowej.

Piotr Kalinowski: Od kiedy zacząłem projektowanie, bardzo chciałem, żeby przestrzenie, które robię, odpowiadały na potrzeby osób, do których są adresowane. To wcale nie jest takie oczywiste, bo klienci często bardziej skupiają się na tym, co im się podoba, niż na użytkowniku końcowym. To jest zrozumiałe, jeśli mówimy o prywatnym domu, ale już mniej, kiedy jest to przestrzeń biurowa czy hotel. Zawsze zależało mi na tym, żeby klienci dostrzegali, że budują nie tylko dla siebie. Dla mnie troska w architekturze to przede wszystkim myślenie o tym, żeby ludzie korzystający z przestrzeni byli w niej szczęśliwi. Szanuję wizję klienta, ale mnie jako projektanta zatrudnia się po to, żeby pomóc tę wizję zrealizować mając na uwadze szerokie spektrum wszelkich aspektów. Więc moją troską jest zadbanie o perspektywę użytkownika końcowego i nakierowanie klienta na szersze tory myślenia. Uważność z mojej perspektywy kieruje się z kolei bardziej w stronę klienta. Jest ona potrzebna, żeby wysłuchać, zrozumieć i przyjąć jego wizję, a potem pomóc ją przetransformować na realną przestrzeń. Uważać też trzeba na to, żeby nie odpuszczać jakości i nie bać się odważniejszych rozwiązań. Uważnym trzeba też być wobec swojej załogi – ludzi, z którymi pracujesz – dbać o ich rozwój i o to, żeby rozumieli wspólne pryncypia. 

 

Pochodzisz z rodziny, która ma tradycje architektoniczne. Czy wybór ścieżki zawodowej był tym podyktowany?

Ojciec zaraził mnie pasją do architektury. Ja zawsze byłem kreatywnym dzieckiem, a on mnie trochę ukierunkował.  Myślę, że gdybym miał innych rodziców, to pewnie skończyłbym jako artysta. Tymczasem poszedłem na architekturę we Wrocławiu. Miałem bardzo dużo różnych zainteresowań, zawsze lubiłem się uczyć, choć niekoniecznie przekładało się to na dobre oceny w szkole. Jakimś przełomowym dla mnie momentem było, kiedy w wieku dziesięciu lat tata zabrał mnie na otwarcie Haas-Haus – postmodernistycznego budynku we Wiedniu. To bardzo wielowątkowe wydarzenie, które mocno zapadło mi w pamięć i trochę podświadomie dążyłem do tego, żeby móc podobne rzeczy tworzyć. Dlatego też postmodernizm jest dla mnie istoty jako kierunek. Poza tym wszystkim widziałem też, że ojciec jest wolnym człowiekiem – pracuje jak chce i gdzie chce, wybiera sobie projekty. Ta wolność jest kluczowa, żeby zrozumieć dlaczego wybrałem ten zawód. 

 

Jak to wszystko doprowadziło do twojego pierwszego projektu?

Początki były burzliwe. Pierwsze zadania zawodowe realizowałem w Irlandii, gdzie pracowałem jako asystent Marleny Wolnik. Byłem wtedy na trzecim roku studiów. Marlena jest świetną architektką i była moją pierwszą mentorką. Pracowała bardzo konceptualnie i robiła rzeczy, których w szkole nie pokazywano. Bardzo mnie to rozbudziło jako architekta, wtedy też nauczyłem się robić konkursy. Potem wróciłem i założyłem własną firmę, która realizowała wizualizacje 3D. To był 2006 rok, więc temat nie był jeszcze popularny, a ja zobaczyłem w nim potencjał. Stworzyłem stronę po angielsku i siedząc w Polsce robiłem projekty dla biur z Holandii czy Irlandii. Po czterech latach prowadzenia tej działalności stwierdziłem, że chcę się zmierzyć z czym innym. Poszedłem więc pracować na budowę, bo potrzebowałem tego, żeby się sprawdzić w działaniu z materią. Spędziłem osiem miesięcy pracując jako asystent kierownika budowy. Odkryłem, że to nie jest dla mnie, ale bardzo wiele się w tym czasie nauczyłem. Potem poszedłem do pracy w korporacji i znowu to okazało się, że niezbyt mi to pasuje. Zatrudniłem się jako architekt w pracowni, gdzie dostałem do zrobienia hotel. Nagle wszystko połączyło się w jedno – zacząłem projektować i wszyscy wokół doznali olśnienia, że to co robię jest świetne. Potem robiłem kolejne projekty, aż po pięciu latach doszedłem do wniosku, że już wiele się nauczyłem i chcę to robić po swojemu.

 

Teraz masz własne biuro i czterdziestoosobowy zespół. To bardzo dużo. Czy był jakiś przełomowy dla MIXD projekt?

Ibis Styles w Sarajewie. To było szalone. Poleciałem specjalnie do Sarajewa, żeby przekonać do nas klienta – to był pierwszy projekt pod szyldem MIXD, formalnie nie mieliśmy więc doświadczenia i byliśmy tylko w dwie osoby. Miałem to szczęście, że się polubiliśmy, a inwestor był otwarty i dał mi wolną rękę. Marka Ibis stała trochę z boku, bo z ich perspektywy nie była to ważna inwestycja, więc nie musieliśmy się przejmować konwenansami. Zrobiliśmy dokładnie to, co chcieliśmy zrobić jako projektanci. Odzew był bardzo pozytywny, dostaliśmy nominację do nagrody Hospitality Design. Do dziś ten projekt jest uznawany za jeden z najlepszych hoteli marki.

 

Pomimo międzynarodowych sukcesów, w Polsce nieco znikasz z pola widzenia. Masz pracownie we Wrocławiu, działasz na całym świecie, ale mało osób zna twoją historię. 

Przede wszystkim jestem w ciągłym poszukiwaniu swojej drogi jako projektant. Nie uważam, żebym był na dojrzałym etapie swojej twórczości, ciągle odkrywam, wielu rzeczy jeszcze nie wiem. 

 

Przyznawanie się do tego jest bardzo niepopularne.

Myślę, że bycie w ciągłym procesie rozwoju jest bardzo ważne. Kiedy osiadasz na laurach i traktujesz siebie jako wyrocznię, twoja kariera się kończy. W MIXD dużo rzeczy się nam udaje i widzimy nasz postęp, głównie zagranicą. Nigdy nie zabiegałem o rozpoznawalność w Polsce, bo zawsze myślałem o ideach, które szerzymy w kontekście międzynarodowym. Mam też bardzo specyficzne podejście do pracy: nad projektem pracuję bardzo intensywnie, ale żeby to miało swoje efekty, muszę być zamknięty w swojej pracowni, ze swoim zespołem. Wkładam w ten proces dużo energii i serca, ale moja praca niekoniecznie jest najważniejsza. Uważam, że najważniejszy jest efekt. Często jestem tak emocjonalnie zaangażowany w wizję, że kiedy przychodzi moment nadzoru budowy, wolę, żeby zajmował się tym ktoś inny. W MIXD to działa bardzo organicznie: jest nas pięciu czy sześciu koncepcyjnych projektantów, a naszą wewnętrzną relację przy projektowaniu eksploruje potem klient na budowie. Efekt końcowy widać dopiero przy otwarciu. Na cały proces budowy patrzę raczej z tylnego siedzenia – potrzebuję tego dystansu. Dlatego pracuję z Wrocławia, bo tam zachowuję swoją integralność.

 

A jak funkcjonujesz zagranicą? Jesteś zapraszany do projektów czy szukasz konkursów i okazji?

Robimy bardzo dużo zamkniętych konkursów, większość z projektów, które się udają, wynika jednak z zaproszeń. Nieraz dostajemy zaproszenia od mniej znanych nam klientów, którzy chcą sprawdzić nas na różnych polach – często podejmujemy się takich wyzwań. Z mojego doświadczenia najlepiej sprawdza się dobra relacja z jakąś grupą ludzi, która zaprasza cię do współpracy, bo cię zna. Poznawanie nowych przyjaciół na nowych rynkach to fajna przygoda. Teraz skupiam się głównie na Bliskim Wschodzie, gdzie już mam bardzo ciekawe grono znajomych.

 

Myślicie o otwieraniu filii biura zagranicą?

Planujemy to. Chcemy wysłać jedną z osób na Bliski Wschód na stałe. To jest potrzebne i prędzej czy później się wydarzy – pewnie w przyszłym roku. Mamy tam dobre relacje z dostawcami, z inwestorami jest ciężej, bo to często bardzo bogaci ludzie, którzy mają swoich przedstawicieli i nie angażują się bezpośrednio. Dubaj jest bardzo dynamiczny, szybszy, są większe budżety. W społeczności architektonicznej są tam ludzie z całego świata, więc łatwo się odnaleźć jako ekspat z Polski, co niekoniecznie jest takie łatwe w Europie. Choć to też oczywiście się zdarza. Mamy dobre kontakty w Londynie, gdzie zrealizowaliśmy ostatnio projekt  na Hotel Interior Experience –   koncepcyjny pokój hotelowy, pokazujący naszą wizję rozwoju hospitality w przyszłości

 

W MIXD robicie komercyjne wnętrza. To dość wąska specjalizacja – skąd taki wybór?

Próbowałem iść w bryły, umiem to robić, ale nie jest to dla mnie interesujące. Po pierwsze, to bardzo dużo pracy z urzędami, z dokumentami, co mnie średnio kręci. Poza tym, efekt końcowy jest odroczony o kilka lat i codzienność takiej pracy jest mało ciekawa. Wnętrza po pierwsze można robić na każdej szerokości geograficznej, można szybciej zobaczyć efekt końcowy. A kiedy są komercyjne, tak jak hotele, to potem możesz sam z nich skorzystać – nie jak w przypadku domu, do którego po ukończeniu pracy prawie nigdy nie masz dostępu. Tworzenie wnętrz jest lżejsze, bardziej artystyczne. Jest więcej pracy z materiałem, teksturą, emocjami, storytellingiem – to wszystko jest bardzo mi bliskie. Słysząc z zewnątrz, że ta praca mi się udaje, poszedłem w tym kierunku.

 

Wiele wnętrz, które robicie powstaje z rozmachem, z nowych materiałów. A co ze zrównoważonym podejściem do projektowania? Dbacie o to? Czy klienci są na to otwarci?

Tak jak wspominałem, ciągle się uczymy i patrzymy, na co możemy sobie pozwolić z klientami, którzy często nie są zainteresowani tym tematem. Niejednokrotnie edukujemy ich i uświadamiamy dlaczego zrównoważona architektura jest ważna i dlaczego należy w nią inwestować. Przy dużych powierzchniach, dużych budżetach i kliencie, który ma określony harmonogram, naszą strategią jest opieranie się na sprawdzonych dostawcach. W naszym kontekście praktycznie niemożliwe jest chodzenie po pchlich targach i kupowanie rzeczy z drugiej ręki – próbowaliśmy. Więc musimy kupować rzeczy nowe i znaleźć kogoś, kto sprzeda nam zrównoważony produkt w skali czy ilości jakiej potrzebuje klient. Mamy bardzo wielu  ciekawych partnerów, których faworyzujemy  w kontekście ich dbałości o ekologię i niskiego wpływu na środowisko. W Europie w 2023 roku jest właściwie niemożliwe dostarczanie nieekologicznych rozwiązań. To jest uregulowane prawnie, musisz mieć pewne certyfikaty. Bardzo dużo ciekawych rzeczy dzieje się w tej kwestii w Danii. Tamtejsi producenci tapet czy wykładzin są naprawdę fantastyczni. 

 

Fot. Vlad Baranov

 

Jeżeli chodzi o certyfikacje, to wnętrza są najmniej uregulowaną działką architektury. Mam wrażenie, że pomimo wszystko trzeba chcieć, żeby były one bardziej ekologiczne.

Oczywiście, ale jeśli porównamy Europę do Bliskiego Wschodu, to tam w ogóle nie ma regulacji. Nie jesteśmy więc w stanie pewnych rzeczy egzekwować. W Europie łatwo poprosić o pewne dokumenty czy wprowadzić praktyczne rozwiązania. Często to nawet my musimy dostosować się do wymogów dostawcy. Opieramy się więc na tych procedurach, bo w naszej skali to jest kluczowe.

 

Jak oceniasz architekturę wnętrz w Polsce?

Jeśli chodzi o hotele, to wydaje mi się, że jeszcze wiele przed nami. Bardzo lubię spać w sieci Puro, ich budynki są świetnie wykonane. Pomimo upływu lat nie widzę dla nich konkurencji. Wydaje mi się, że wynika to po pierwsze z niskich budżetów, po drugie – z braku właściwej komunikacji klienta, projektanta i środowiska. Mamy więc ogromnie dużo do zrobienia. Jeżeli chodzi o wnętrza biur, to poprawiają się one z każdym rokiem, natomiast wciąż aktualne są pytania o to, po co są biura i co z ludźmi, którzy pracują z domu. W naszych projektach zachęcamy klientów do robienia przestrzeni hybrydowych. Bardzo pozytywną rewolucję przechodzi w Polsce scena restauracyjna. Otwiera się wiele świetnych miejsc – jak choćby Va Bene Cichetti czy Syreni Śpiew w Warszawie, czy realizacje pracowni Cudo we Wrocławiu. Ważny jest też dla mnie nowy projekt wnętrza Biblioteki Narodowej – zwraca on uwagę na potrzebę ciągłości w tradycji polskiego designu, niezrywania z historią. To nasza największa szansa na zaistnienie międzynarodowo.

 

Prowadząc tak duże biuro jak MIXD, nieco z automatu stajesz się biznesmenem. Masz jeszcze czas na projektowanie?

Zawsze mam czas na projektowanie, dużo rozmawiamy ze swoim zespołem. Nawet kiedy podróżuję biznesowo, to znajduję na to chwilę. 

 

A gdzie widzisz się za klika lat? Masz jakieś ambicje czy marzenia?

Mając dwadzieścia lat nie pomyślałbym, że dzisiaj będę w miejscu, w którym stoję. Nie próbuję więc wyrokować, gdzie będę za pięć czy dziesięć lat. Marzenia, które miałem, kiedy zakładałem MIXD, w większości zostały spełnione. Czuję wdzięczność do wszystkich ludzi, z którymi pracowałem, cieszę się, że to wszystko się udało w zdrowiu i bez większych kryzysów. Celebruję to obecnie, być może dlatego, że skończyliśmy właśnie pięć lat jako MIXD, a ja zaraz kończę 40 rok życia. Zrobiliśmy ponad 100 projektów, które są bardzo różnorodne i trudno zebrać je w spójny dorobek. Mamy więc plany na kilka wewnętrznych działów firmy. Jeden z nich nazwaliśmy Alchemia – będzie to przestrzeń do bardziej artystycznego rozwoju na rynku luxury lifestyle. Eksperymentujemy z produktami i modą.  Nigdy się nią nie interesowałem, ale ostatnio widzę, że ma ona wiele do zaoferowania i próbujemy mocniej ją uwzględniać w naszych projektach. Lifestyle jest już dobrze rozumianym pojęciem. To, co nas interesuje przy Alchemii, to jeszcze głębsza personalizacja tego doświadczenia. Budujemy zupełnie inną ofertę i inny proces. Moim marzeniem jest zrobić trochę takich projektów w Arabii Saudyjskiej i w Dubaju. Drugim wewnętrznym projektem, który realizujemy jest Culture by MIXD – adresowany do wielkich korporacji i skupiony na projektowaniu biur. Więc moje marzenia koncentrują się  głównie wokół rozwoju i bycia otwartym na różne nowe wyzwania. 

 

A co cię w polskiej architekturze wkurza?

Bylejakość. Często patrzymy na te najlepsze przykłady architektury – wszyscy je celebrują i pokazują je sobie nawzajem. To tylko promil rzeczy, które powstają, a my często zasłaniamy nimi sobie rzeczywistość. Rzeczywistość architektoniczna jest zaś byle jaka. Ludzie dostają pieniądze za swoją pracę, której nie wykonują dobrze i nie rozwijają się jako architekci. Klienci też nie traktują architektów poważnie, ale to ma swoje przyczyny w zawiedzionym zaufaniu. Ta dynamika polskiej architektury środka jest męcząca. W Wielkiej Brytanii jest na przykład inaczej: bylejakość jest bardzo niemile widziana, są pewne podstawowe oczekiwania, które muszą spełnić wszyscy, którzy chcą robić wnętrza czy architekturę. W Polsce rynek jest ciągle otwarty i ludzie często wpadają do branży z przypadku. Nikogo nie oceniam źle personalnie. Myślę, że mamy w kraju bardzo duży potencjał talentu, ale warto zawiesić sobie poprzeczkę trochę wyżej i poświęcać więcej czasu na rozmowy. W Polsce często za bardzo się spieszymy.