ArchitectureDesignSustainability

Ich dom miał niepostrzeżenie wpisać się krajobraz wzgórza św. Doroty w Będzinie i stać się niezauważalny. Jednak kiedy projekt autorstwa studia Jojko+Nawrocki zdobył Grand Prix w konkursie Architektura Roku na Śląsku 2018, stanął w centrum uwagi nie tylko środowiska architektonicznego. O tym jak od podstaw stworzyć własne miejsce w świecie rozmawiamy z Aleksandrą i Mariuszem Grabowskimi.

 

Marcin Szczelina: Kiedy wasz dom w Będzinie zdobył Grand Prix w konkursie Architektura Roku, rozpętała się na jego temat zażarta dyskusja. Zaskoczył was ten szum?

Mariusz Grabowski: Byliśmy niezwykle zdziwieni. Architekci powiedzieli nam oczywiście, że zgłaszają dom do konkursu, ale nie zakładaliśmy takiego zainteresowania.

Aleksandra Grabowska: Nasz dom miał być cichym, nieinwazyjnym budynkiem, wpisującym się w krajobraz wzgórza Św. Doroty. W momencie, w którym zaczął się szum medialny wokół niego, śmialiśmy się z architektami, że z domku, który miał być niezauważalny, nagle zrobiło się coś zupełnie odwrotnego.

MG: Dom miał wyglądać tak, jakby był tam od zawsze, miał nie rzucać się w oczy. Nawet brama garażowa ma szary kolor, żeby nie było jej widać.

AG: Zaskoczył nas zarówno odbiór ze strony prasy, jak i naszych znajomych, którzy wcześniej też myśleli o budowaniu swojego miejsca do życia. Nasz dom wytrącił ich z utartego myślenia o tym, czym jest tworzenie swojego miejsca. To dla mnie bardzo ważne – ludzie zaczynają świadomie myśleć o tym jak mieszkają, niekoniecznie chcą mieć gotowce.

 

Nie kusił was projekt katalogowy? Wszystkie domy wokół powstały z katalogów, wasz wybija się na tym tle. Z pewnej perspektywy katalogowym projektem bardziej wpisalibyście się w otoczenie. I byłoby taniej.

AG: Taką potrzebę mieliśmy z piętnaście lat temu. Wtedy zaczęliśmy myśleć o domu i przeglądaliśmy katalogi szukając tego, co nas interesuje. Długo zastanawialiśmy się też nad dużym mieszkaniem w centrum miasta. 

MG: Sporo znajomych budowało przed nami. Istnieje pewien schemat, do którego wszyscy się dostosowują. Żaden dom z katalogu nie jest w stu procentach twój. My mamy swój styl życia, swoje wartości – ważna jest dla nas kwestia ekologii, świadomego bycia w świecie. Staramy się tego trzymać, gotowe projekty trzeba byłoby więc modyfikować, a przerabianie gotowych projektów nie zawsze dobrze wychodzi. Fajnie było móc od początku do końca tworzyć projekt szyty na naszą miarę. 

AG: Było dla nas ważne, żeby ten dom był dobrze zaprojektowany. Byliśmy u jednego z architektów, który wszystkie nasze założenia przyjął bez słowa krytyki. Stwierdziliśmy, że nie o to nam chodzi. Nie jesteśmy architektami i nie zakładamy, że wszystko wiemy. Mariusz jako inżynier często mówi, że należy oddawać sprawy ludziom, którzy znają się na danej dziedzinie. Nie chcieliśmy popełnić typowo polskiego błędu, że oto my wiemy wszystko najlepiej i sami sobie wszystko zrobimy. Tak jest nie tylko w przypadku domu, ale też ogrodu, który planujemy. Nie jesteśmy ogrodnikami, stwierdziliśmy, że dobrze będzie mieć ogród zaprojektowany pod zastaną ziemię. Cały czas myślimy o tym co jest tutaj lokalnie i z tego chcemy czerpać całe bogactwo. 

 

Jak trafiliście na waszych architektów – Jojko i Nawrockiego? Macie jakieś rady dla osób, które szukają kogoś kto zaprojektuje im dom?

AG: Teraz z szukaniem jest już łatwiej, bo jest coraz więcej pracowni, które pokazują swoje realizacje w sieci. Wystarczy nawet pobieżnie przejrzeć wyszukiwarkę i stwierdzić czy to, co proponują dani architekci jest nam bliskie. Jojko i Nawrockiego polecił nam architekt Krzysztof Gorgoń, który stwierdził, że architekci powinni być w wieku inwestorów, co było świetną radą. My byliśmy trochę odjechani, Bartek i Marcin też są odjechani, więc dobrze się odnaleźliśmy. Już przy pierwszym spotkaniu, kiedy zaczęli pytać o budżet i wielkość domu, wiedzieliśmy, że nie wyprowadzą nas na manowce. Z jednej strony nas słuchali, a z drugiej strony mieli pozytywny krytycyzm wobec tego, co mieliśmy w głowach. Nie wciskali też niczego na siłę. To była naprawdę świadoma współpraca pomiędzy ludźmi, którzy chcą coś fajnego stworzyć. 

MG: Przekonało nas to, że Jojko i Nawrocki byli szaleni i odważni. Nie wiedzieliśmy co z tej współpracy wyjdzie, ale widać było, że są zafascynowani i nie boją się wyzwań. Pytali nas zresztą czy nie będą nam przeszkadzały szalone pomysły. Ważne było też to, że na samym początku określiliśmy budżet i przez cały proces się go trzymaliśmy. Architekci gwarantowali nam to, żeby nie popłyniemy za daleko. Znajomi na podstawie własnych doświadczeń mówili, że i tak przepłacimy, ale przy naszym projekcie widać było, że każda kreska, każda śrubka jest przemyślana. Na początku chcieliśmy na przykład dom piętrowy, ale architekci stwierdzili, że nie ma sensu wydawać pieniędzy na klatkę schodową itd. Skoro mamy duży teren, lepiej będzie zrobisz szerszy budynek.

 

 

O ile ostatecznie przekroczyliście budżet?

MG: Nie przekroczyliśmy. Nawet wyszliśmy poniżej założonego pułapu. Powiedziałem kierownikowi budowy, że jego zadaniem jest pilnowanie projektu. Cokolwiek ekipa budowlana będzie chciała robić inaczej, zamrażamy pracę i rozmawiamy z architektami. Na etapie budowy zmieniliśmy zaledwie jedną rzecz w stosunku do projektu – chodziło o aspekt ociepleniowy. 

AG: Wszyscy znajomi mówili, że 70–100 tysięcy zł przekroczenia budżet to norma. Dla mnie to było przerażające. Nie mówimy tu o wielkich inwestycjach, tylko o domku, który ma służyć rodzinie. Od początku wiedzieliśmy, że nie chcemy wydawać kasy na zasadzie „zastaw się a postaw się”. Nasz dom nie miał być celem, a środkiem do życia. Ważne było zarówno to, żeby się wybudować, jak i to, żeby nie zamartwiać się potem spłatą kredytów.

MG: Przy projektach katalogowych płaci się architektowi za projekt, a on znika i realizacja nie jest już jego problemem. W naszym przypadku architekci byli odpowiedzialni za dom aż do parapetówki. Kiedy coś nie grało, byli w stanie przyjechać i zareagować. Wiadomo, że dedykowany projekt więcej kosztuje, ale zapewnia spokój.

AG: Mamy znajomych, którym architekci niby indywidualnie zaprojektowali dom, ale jednak zrobili to na zasadzie kopiuj-wklej i potem zniknęli. Kiedy pojawiają się kwestie nieoczywiste, zaczynają się kłopoty. Pieniądze, które przeznacza się na dobrych architektów zwracają się w procesie budowy.

 

Jaki to jest procent całego budżetu?

MG: W naszym przypadku to było jakieś 7%, tyle, że architekci mówili nam, że zapłaciliśmy poniżej ich standardowej stawki.

AG: Ale przy takich inwestycjach warto wydać nawet 10 czy 12% budżetu na dobrego architekta. To naprawdę się zwróci – na budowie nie podejmuje się głupich, pochopnych decyzji, które zwiększają koszty za materiały, a później dom dobrze i taniej się eksploatuje.

 

Jak dobrze przygotować się do budowy domu? To nie tylko projekt, ale też ekipy wykonawcze, kontrolowanie wszystkiego – dużo stresu. Nie lepiej kupić mieszkanie?

MG: Mój dziadek był murarzem starej daty i jako dziecko biegałem z nim po budowach. Pamiętam, że każdy miał listę rzeczy, z których był niezadowolony i z którymi musiał się zmagać. Z tyłu głowy od początku miałem więc stres. Pierwszym ważnym aspektem, który zapewnił mi spokój, byli wspomniani już architekci i pewność, że do końca będzie ktoś, z kim możemy przedyskutować sprawy. Drugim aspektem było to, że nasz projekt nie był standardowy i niczego nie dało się zrobić standardowo, założyliśmy więc, że chcemy mieć jedną ekipę, która zrobi jak najwięcej. Mieliśmy więc pierwszą ekipę od wbicia łopaty do zamknięcia drzwi, a potem drugą, która zamontowała wszystkie instalacje pod wylewkę. Na tym etapie proces budowy architektonicznej jest zakończony, a środek – płytki czy inne instalacje, można już na spokojnie dzielić pomiędzy różnych wykonawców. Kluczem do szukania ekip były rekomendacje. Ich znalezienie zajęło trochę czasu, bo większość znajomych odradzała firmy, z którymi współpracowała, ale w końcu się udało.

AG: Czekaliśmy na naszą ekipę rok. Teraz na dobrych fachowców trzeba czekać nawet dłużej.

MG: No i zaczęliśmy budowę. Na tym etapie ważny jest ktoś, kto wszystkiego przypilnuje. Skoro już stwierdziliśmy, że wszystko ma być zgodnie z projektem, zatrudniłem kierownika budowy. Bardzo szybko okazało się, że projekt jest na tyle nietypowy, że ekipa nie może budować bez naszej kontroli. Projekt był rozrysowany tak, że dwie ściany miały mieć fugę centymetrową, a dwie pozostałe – półtoracentymetrową. Wszystko było przygotowane w detalach, nie można było więc zrobić tego inaczej, bo elewacja byłaby niesymetryczna. Wieczorami przyjeżdżaliśmy i ustawialiśmy każdą kolejną warstwę na sucho, zostawiając instrukcje. Następnego dnia panowie układali przygotowane pustaki, my sprawdzaliśmy i przygotowaliśmy kolejną warstwę. Każdy kolejny element był wyzwaniem: ocieplenie, elewacja, elektryka. Ekipa szybko doszła do wniosku, że chyba nie wiedziała na co się pisze, dwa razy mieliśmy sytuację, w której robotnicy nie chcieli kontynuować pracy. Ale, jako że szef ekipy był bardzo słowny, zostali z nami i bardzo szybko się wyspecjalizowali. Dzięki ich solidności udało nam się uzyskać stan zamknięty w ciągu jednego sezonu.

AG: Dom wydaje się bardzo prosty, ale prostota wymaga dokładności. Nie chcieliśmy mieszkać w betonowym budynku, który będzie zrobiony byle jak. Chcieliśmy porządnego, prostego domu, ale z pięknym detalem. Podobnie było z kostką przed domem. Wykonawca proponował nam jakieś zawijasy, a my chcieliśmy prostą jodełkę. Powiedział nam, że właśnie z tą prostotą jest najtrudniej – przy zawijasach zawsze coś się ukryje. To, że teraz żyjemy w fajnym domu wynika z tego, że mieliśmy dużo czasu na projektowanie, znalezienie architektów i wykonawców. Nie spieszyliśmy się. Cały proces przygotowania był rozbity na kilka dobrych lat, dzięki czemu wykonanie poszło gładko. Zawsze powtarzamy, że kiedy kupisz samochód i ci się nie spodoba, możesz go sprzedać. Muzykę możesz wyłączyć, obraz zasłonić. Architektura to jedyna sztuka, od której człowiek nie jest w stanie uciec. Budując dom, mamy odpowiedzialność nie tylko za siebie i swoją przestrzeń, ale też otoczenie. Dlatego nie chcieliśmy budować byle jak.

 

 

Skąd pomysł na pustaki i taką elewację? Dom staje się przez nie architekturą tła.

AG: Pustaki były inicjatywą architektów. Naszym założeniem było to, żeby dom wpisywał się w przestrzeń. Inspiracją była cementownia Grodziec, która znajduje się nieopodal – pierwsza w Polsce, piąta w Europie. To dla nas bardzo ważny zabytek, choć jest w strasznym stanie.

MG: Grodziec zawsze był bardzo przemysłowy – cementownia, kopalnia. Chcieliśmy się w to wkomponować.

AG: W momencie, w którym architekci zaproponowali nam cementowe bloczki, stwierdziliśmy, że w to wejdziemy. Zawsze powtarzamy, że na Mazurach nie wybudowalibyśmy takiego domu, ale na Śląsku i w Zagłębiu wpisuje się w kontekst. Mam nadzieję, że cementownia się nie rozsypie, ale jeśli tak się stanie, to nasz mały domek będzie punktem odniesienia do historii tego miejsca. W okolicy był też klub sportowy czy browar – to fenomenalne miejsce, którego teraz niestety nie ma kto pokochać.

 

Jedną z cech waszego domu jest to, że to on dostosowuje się do was, a nie wy do niego. Jak to wygląda w praktyce?

AG: Kiedy zaczynaliśmy pracę, powiedziałam Marcinowi Jojko, że po dwudziestu latach będę mu w stanie powiedzieć czy zrobił dobry projekt. Po pięciu latach mieszkania już mogę powiedzieć, że to świetny dom. Pierwsza zmiana jest już za nami. Przestrzeń dla dzieciaków została pomyślana była tak, że na początku będzie wspólna, a później zostanie podzielona, kiedy dzieci będą tego potrzebować. Mamy trójkę dzieci, po trzech i pół roku nasz najstarszy syn stwierdził, że już chciałby się oddzielić od sióstr. Dzięki zaplanowaniu tego na etapie projektu, wiedzieliśmy co mamy zrobić. Dla dzieci to też była niesamowita przygoda – to nie tylko remont, ale też zmiana kontekstu. Bardzo to przeżywały. Za jakiś czas, kiedy dziewczyny nie będą chciały już mieszkać razem, jedna z nich zajmie naszą sypialnię, a my przerzucimy się do garażu. Wszystko jest zaplanowane, włącznie z oświetleniem, gdzie ma stać łóżko czy szafa.

MG: Ściana między kuchnią a garażem jest specjalnie przygotowana i ponacinana tak, że wystarczy  wstawić drzwi. 

AG: Wszystkie następne kroki są przygotowane. Dzieci bardzo szybko rosną i chcieliśmy zaplanować co będzie kiedy się wyprowadzą. Garaż z powrotem stanie się garażem, a część dla dzieciaków zostanie odcięta, bo 97 m2 dla państwa na emeryturze będzie idealne do utrzymania. Obecnie korzystamy ze 120 m2, następnie 140 a finalnie skurczymy przestrzeń do najmniejszej możliwej wielkości naszego domu. 

MG: Jednym z kluczowych założeń było to, że chcemy dom, w którym zostaniemy do końca życia. To znaczy, że musi on się zmieniać tak jak my i nasze potrzeby. Można projektować dom na czas, kiedy wychowuje się dzieci, a my chcieliśmy, żeby odpowiadał nam i teraz, i potem, kiedy wystarczy nam sypialnia z łazienką i duży pokój z kuchnią wspomniane 97 m2. Wszystko na jednym poziomie i tylko z jednym progiem. Prosty do utrzymania, eksploatacji i remontów.

AG: Wprowadzaliśmy się, kiedy wszystkie nasze dzieci były przedszkolne, teraz wszystkie są w wieku szkolnym. Znajomi pytają nas co byśmy zmienili po tych pięciu latach i odpowiadamy, że nic. Wszystko cały czas pasuje i nie są to puste słowa. Nie ma rzeczy, która by nas denerwowała. Dom się nie starzeje, ale razem z nami dorasta. To ciągła przygoda. Nie mogę się doczekać momentu, w którym będziemy mieć sypialnię w garażu i zamiast bramy garażowej wstawimy duże okno. Bez żalu oddam obecną sypialnię córce – każda zmiana jest dla nas przyjemnością. To efekt tego, że w procesie projektowania dobrze zastanowiliśmy się nad tym, czego chcemy.

 

Jak sąsiedzi odbierają wasz dom? Teraz pewnie już się przyzwyczaili, ale jak było na początku?

MG: Kiedy na początku nie było jeszcze zieleni na dachu, zadawali pytania o to kiedy dobudujemy to piętro, na które zabrakło nam pieniędzy.

AG: Jedna z sąsiadek mówiła: „Tacy mądrzy ludzie! Mały dom, a jak będą mieli pieniądze, to sobie postawią piętro”. Kurier kiedyś powiedział: „Są wielkie rezydencje, które nie mają numerków i nie można trafić, a tutaj proszę – niewykończony dom, a już numerek na ścianie!”. Opinie były bardzo różne.

MG: Mówimy naszym dzieciom, że nasz dom nie musi się wszystkim podobać, ale i tak większość osób jest zainspirowana. 

AG: Dom zaczął być projektowany ponad 8 lat temu. Wtedy nie mówiono tak głośno o zrównoważonym rozwoju, o wpływie środowiska na klimat, o naszej odpowiedzialności za kupowane i wykorzystywane materiały. To przyświecało nam po naszych różnych podróżach po świecie, że chcemy żyć i mieszkać odpowiedzialnie. Architekci rewelacyjnie wpisali się ze swoimi przemyśleniami w ten temat. Ilość materiału budowlanego była z góry określona i wyliczona, docieplenie i struktura budynku bez niepotrzebnej utraty i kumulacji ciepła, tak zwana „piąta elewacja” – nasz zielony dach jest powierzchnią czynną biologicznie. Drzewo liściaste na tarasie wpisane w projekt architektoniczny, aby latem nie pozwalało na zbędne przegrzewanie salonu, a zimą wpuszczało naturalne słońce. Wszystkie pomieszczenia, poza pralnią, mają dostęp do naturalnego światła. Dodatkową niespodzianką było spotkanie, na którym Bartek z Marcinem powiedzieli, że nawet znaleźli miejsce w projekcie na bardzo duży zbiornik na deszczówkę, który zbiera nadmiar opadów z dachu i tarasu. 

MG: Teraz jest to coraz modniejsze, wtedy było to naszą ideą, którą świetnie zrozumieli i rozwinęli w fascynujący sposób architekci.

AG: Nasz dom stoi już pięć lat i sąsiedzi mieli okazję dowiedzieć się o co w nim chodzi. Na początku może był kontrowersyjny, ale teraz to się zmieniło. Ludzie przyjeżdżają i mówią, że dobrze się tu czują. To wartość dodana architektury – kiedy sprzyja nie tylko naszemu wzrokowi, ale wszelkim zmysłom.

MG: Właściwie udało nam się osiągnąć to, co założyliśmy – dom porośnięty zielenią stoi sobie i nie zwraca na siebie uwagi. Gdyby nie ten szum medialny, to być może nikt nigdy by go nie zauważył. 

Warning: preg_match(): Compilation failed: invalid range in character class at offset 12 in /usr/home/Archisnob/domains/archisnob.com/public_html/wp-content/plugins/js_composer/include/classes/shortcodes/vc-basic-grid.php on line 184