Konkurs to za mało. Kto właściwie wybiera tych, którzy będą wybierać?
Marcin Szczelina
Architektura ma w Polsce status paradoksalny. Wpływa na nasze życie bardziej bezpośrednio niż większość dziedzin kultury, a przez dziesięciolecia była instytucjonalnie spychana gdzieś pomiędzy kulturę, budownictwo, administrację, gospodarkę i politykę przestrzenną. Należy po trochu do wszystkich, co w praktyce zbyt często oznacza, że nie należy naprawdę do nikogo. Nie mamy narodowego muzeum architektury, od siedemnastu lat nie potrafimy przyjąć Polskiej Polityki Architektonicznej, a wyspecjalizowany narodowy instytut poświęcony tej dziedzinie powstał dopiero w 2017 roku. Dzisiaj Ministerstwo Kultury nie zamierza przeprowadzić otwartego konkursu na jego dyrektora. Trudno o bardziej symboliczny moment, żeby zapytać nie tylko o to, kto będzie kierował polską architekturą instytucjonalną, lecz także kto właściwie ma prawo o niej decydować.
Architektura ma w Polsce trochę pod górkę. Nie dlatego, że brakuje nam dobrych projektantów, interesujących realizacji czy środowiska zdolnego do prowadzenia poważnej dyskusji. Problem jest bardziej fundamentalny. Przez lata nie bardzo wiedzieliśmy, co jako państwo z architekturą zrobić. Czy należy do kultury? Do budownictwa? Do gospodarki? Do polityki przestrzennej? Do samorządu? Odpowiedź najczęściej brzmi: po trochu do wszystkiego. W praktyce oznacza to często, że w pełni nie należy nigdzie. Wystarczy spojrzeć na instytucje. Muzeum Architektury we Wrocławiu jest jedyną instytucją muzealną w Polsce poświęconą w całości historii architektury i architekturze współczesnej. Powstało w 1965 roku i ma ogromne zasługi, ale nie jest instytucją narodową. Jego organizatorem jest Gmina Wrocław. Polska nie ma więc narodowego muzeum architektury. Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki powstał dopiero w 2017 roku. Projekt Polskiej Polityki Architektonicznej przekazano ministrowi kultury już w 2009 roku, lecz dokument do dziś nie został wdrożony. Jeszcze podczas Kongresu Architektury Polskiej w 2026 roku Ministerstwo Kultury informowało, że Polska jest jednym z zaledwie sześciu państw Unii Europejskiej, które takiego dokumentu nie mają. Polityki architektoniczne funkcjonują tymczasem w 35 państwach europejskich.
Trudno uznać to za serię przypadkowych zaniedbań. Bardziej przypomina to trwający od dekad problem z odpowiedzią na podstawowe pytanie: jakie miejsce architektura powinna zajmować w strukturze państwa i kto właściwie ma za nią odpowiadać?
Paradoks jest tym większy, że od wielu innych dziedzin kultury możemy się czasowo odciąć. Możemy przez miesiąc nie pójść do teatru, nie odwiedzić galerii, nie przeczytać nowej książki. Architektury wyłączyć się nie da. Budzimy się w niej, pracujemy, uczymy, leczymy, przemieszczamy, odpoczywamy i starzejemy. Od jakości środowiska zbudowanego zależą nasze zdrowie, bezpieczeństwo, relacje społeczne, klimat, gospodarka i zwyczajna jakość codzienności. Mimo tej oczywistości architektura przez dziesięciolecia pozostawała w Polsce instytucjonalnie trochę bezdomna. Dlatego dyskusja o tym, kto będzie kierował Narodowym Instytutem Architektury i Urbanistyki, interesuje mnie znacznie bardziej niż kolejna personalna zmiana na stanowisku w publicznej instytucji.
3 września 2026 roku ministra kultury Marta Cienkowska powołała dr. Łukasza Mieszkowskiego na pełniącego obowiązki dyrektora NIAiU. Mieszkowski jest historykiem, doktorem nauk historycznych i artystą plastykiem. Ma również doświadczenie związane z architekturą: przez dziewięć lat pracował jako projektant w pracowni architektonicznej i współtworzył między innymi nagradzane Muzeum i Miejsce Pamięci w Sobiborze. Piszę o tym celowo, ponieważ najłatwiej byłoby sprowadzić całą dyskusję do pytania, dlaczego instytucją architektury kieruje ktoś, kto nie jest architektem. Byłoby to niesprawiedliwe wobec Mieszkowskiego i intelektualnie mało interesujące. Nie chodzi o jednego człowieka. Chodzi o system, który decyduje o tym, kogo uznajemy za kompetentnego do kierowania najważniejszą państwową instytucją poświęconą architekturze. Znacznie ciekawsza jest więc decyzja ministerstwa, że otwartego konkursu na dyrektora NIAiU nie będzie. Resort tłumaczy to między innymi terminami. Środowisko odpowiedziało apelem do ministry o pilne przeprowadzenie otwartego, transparentnego i merytorycznego konkursu, opartego na kompetencjach kandydatów i ich długofalowej wizji Instytutu. Oczywiście podpisałbym ten apel. Nie podpisałem go z dość prozaicznego powodu: nikt mi go nie przesłał. Nie mam o to pretensji. Konkurs powinien się odbyć.
Zastanawia mnie jednak konstrukcja, w której brak czasu staje się argumentem przeciwko konkursowi, choć czasu nie zabrakło nagle któregoś wrześniowego poranka. Wcześniejsza procedura konkursowa została unieważniona, zapowiadano kolejną, ta jednak nie została odpowiednio wcześnie uruchomiona. Ostatecznie konsekwencja zwłoki zaczyna więc służyć jako uzasadnienie decyzji, żeby z otwartej procedury zrezygnować. Nie trzeba być szczególnie złośliwym publicystą, żeby dostrzec w tym pewien paradoks. Architektura przez lata walczyła w Polsce o własne instytucje, podmiotowość i miejsce w systemie kultury. Kiedy wreszcie ma narodowy instytut, środowisko musi przekonywać państwo, że jego dyrektora warto wyłonić w otwartym konkursie. Trudno wymyślić lepszą metaforę pozycji architektury w Polsce. Tyle że dla mnie rozmowa w tym miejscu dopiero się zaczyna.
Jestem za konkursem. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Nie chciałbym jednak, żebyśmy zaczęli traktować samo słowo „konkurs” jak zaklęcie, które automatycznie gwarantuje jakość, otwartość i różnorodność. Od lat zasiadam w jury konkursów w Polsce i za granicą. Wiem, jak bardzo skład komisji wpływa na rozmowę, zanim rozpocznie się właściwa ocena. Nie potrzeba żadnego spisku, tajnego porozumienia ani źle napisanego regulaminu. Wystarczy grupa ludzi o podobnym doświadczeniu, podobnych kontaktach, podobnym guście i podobnym wyobrażeniu o tym, czym jest jakość. Ludzie są po prostu ludźmi. Mamy sympatie, antypatie, przyjaźnie, autorytety, środowiska, którym ufamy, i nazwiska, które znamy od dwudziestu lat. Polecamy ludzi, których cenimy. Zapraszamy tych, z którymi dobrze nam się pracowało. Wracamy do osób, które już znamy. Wszystko to jest całkowicie naturalne, dopóki nie zauważymy, że w publicznych komisjach, radach, konkursach i gremiach eksperckich zaczynają powtarzać się te same kręgi.
Polskie środowisko architektoniczne jest niewielkie. Wiemy, kto z kim pracował, robił wystawę, zasiadał w jury, prowadził fundację, należał do stowarzyszenia, zapraszał na konferencję albo pisał o czyim projekcie. Gdyby narysować zawodowe, instytucjonalne i towarzyskie drzewo genealogiczne polskiej architektury, większość z nas prawdopodobnie poradziłaby sobie bez legendy. Czasami wystarczy mi spojrzeć na skład jury, żeby mniej więcej przewidzieć kierunek decyzji. Nie dlatego, że jestem jasnowidzem. Znam tę mapę. Nie musi być w tym nic nieuczciwego. Właśnie to jest najbardziej interesujące. Można stworzyć zamknięty obieg złożony wyłącznie z kompetentnych, przyzwoitych ludzi działających w najlepszej wierze. Można się wzajemnie zapraszać, rekomendować, nominować, jurorować sobie, spotykać na kolejnych debatach i nawet nie zauważyć momentu, w którym środowisko zaczyna przede wszystkim potwierdzać samo siebie. Transparentność procedury nie oznacza jeszcze różnorodności perspektyw.
Nie trzeba zresztą szukać daleko. Wystarczy przyjrzeć się komisji konkursowej wybierającej projekt wystawy w Pawilonie Polskim na Biennale Architektury w Wenecji w 2027 roku. Znajdziemy w niej osoby o ogromnym doświadczeniu: historyków architektury i sztuki, kuratorów, krytyków, przedstawicieli instytucji kultury, osoby z wykształceniem architektonicznym. Kiedy jednak zapytamy o czynnych zawodowo projektantów, proporcje wyglądają już inaczej. Nie interesuje mnie tutaj rachunkowość polegająca na liczeniu dyplomów architektonicznych. Dyplom architekta i codzienna praktyka projektowa to nie to samo. Interesuje mnie, jak dużo miejsca przy stole dostaje doświadczenie człowieka, który dzisiaj prowadzi pracownię, buduje, negocjuje z inwestorem, bierze odpowiedzialność za realizację i na co dzień konfrontuje idee z rzeczywistością. Nie kwestionuję kompetencji osób zasiadających w komisji. Wiele z nich znam, część bardzo cenię, z niektórymi pracowałem. Pytam o coś innego: dlaczego tak trudno dopuścić do takich gremiów nowe nazwiska? Przecież mamy w Polsce świetne architektki i świetnych architektów, którzy budują, prowadzą pracownie, zdobywają nagrody, uczą, działają poza Polską, współpracują z międzynarodowymi zespołami, prowadzą eksperymentalne studia albo duże biura. Nie wszyscy należą do tego samego obiegu, bywają na tych samych konferencjach i nie wszystkich mamy zapisanych w telefonie. Może właśnie dlatego warto ich zapraszać. Otwarcie instytucji nie polega na tym, że do dobrze znanego stołu dostawiamy kolejne krzesło dla kogoś, kogo również dobrze znamy. Prawdziwe otwarcie zaczyna się wtedy, kiedy zapraszamy człowieka, którego decyzji nie umiemy wcześniej przewidzieć. Nie chcę komisji złożonych wyłącznie z praktykujących architektów. Byłoby to równie niemądre jak komisja złożona wyłącznie z historyków sztuki, krytyków albo urzędników. Chcę, żeby doświadczenie projektowania, budowania, negocjowania, prowadzenia pracowni i ponoszenia odpowiedzialności za realizację było przy stole jedną z realnych kompetencji, a nie dekoracyjnym dodatkiem do rozmowy o architekturze.
W trakcie pisania tego tekstu przypomniała mi się historia z 2008 roku, z czasu Biennale Architektury w Wenecji. Jedna z tych środowiskowych dyskusji, które po latach pamięta się bardziej przez jedno zdanie niż przez cały spór. Dotyczyła między innymi tego, kto powinien opowiadać o architekturze, kto ma kompetencje, żeby ją interpretować i w jaki sposób powinna być reprezentowana na Biennale. W dyskusji Agnieszka Morawińska, ówczesna dyrektorka Zachęty, użyła porównania architektów do ptaków, a historyków sztuki i osób zajmujących się architekturą teoretycznie do ornitologów. Sens metafory był mniej więcej taki: ornitolog obserwuje ptaka, opisuje go, analizuje jego zachowania, potrafi umieścić je w szerszym kontekście i dzięki swojej wiedzy zdiagnozować to, czego sam ptak nie jest świadomy. Ptak pozostaje ptakiem. Przypomniała mi się odpowiedź Ewy Kuryłowicz, która odniosła się do tego porównania na łamach „Architektury-murator”. Próbowałem odnaleźć tamten archiwalny numer, ale bezskutecznie, więc zamiast ufać własnej pamięci, zadzwoniłem do Ewy. Potwierdziła zarówno tamtą historię, jak i sens swojej odpowiedzi. Ewa Kuryłowicz zwróciła uwagę na jeden dość zasadniczy szczegół: spośród tej dwójki tylko ptak potrafi latać. Po osiemnastu latach ta odpowiedź wydaje mi się nawet bardziej aktualna niż wtedy. Nie dlatego, że architekt jest ważniejszy od historyka sztuki, krytyka czy kuratora. Nie jest. Problem zaczyna się w chwili, kiedy wiedzę o architekturze zaczynamy utożsamiać z doświadczeniem jej wykonywania. To dwa różne rodzaje kompetencji i jeden nie zastępuje drugiego. Ornitolog może wiedzieć o ptaku więcej niż sam ptak. Może opisać jego anatomię, migracje, zachowania i środowisko. Może nawet zauważyć rzeczy, których ptak nigdy o sobie nie zrozumie. Pozostaje jednak doświadczenie, którego nie da się zdobyć z pozycji obserwatora. Jest nim latanie. W architekturze tym doświadczeniem jest droga od idei do rzeczywistości: inwestor, prawo, budżet, konstrukcja, technologia, administracja, wykonawca, odpowiedzialność za decyzję i wreszcie budynek, który nie kończy swojego życia na fotografii. Nie chodzi o oddanie architektom monopolu na rozmowę o architekturze. Chodzi o coś bardziej elementarnego: żeby przy stołach, przy których podejmuje się decyzje o architekturze, nie zabrakło ludzi, którzy wiedzą, czym jest latanie.
Do instytucjonalnej słabości dochodzi jeszcze sposób, w jaki sam zawód nauczył się reprezentować własne interesy. Mamy SARP, stowarzyszenie o ogromnej historii i zasługach dla polskiej kultury architektonicznej, oraz Izbę Architektów RP, ustawowy samorząd zawodowy. To nie są instytucje wymienne. Ich funkcje są inne, natomiast w sprawach fundamentalnych powinny być dwoma uzupełniającymi się głosami tej samej profesji. Historia ich relacji bywała bardziej skomplikowana. W materiałach publikowanych przez samą Izbę można znaleźć diagnozę, że konkurowanie obu organizacji i przedstawianie sprzecznych opinii było później wykorzystywane przez władze publiczne ze szkodą dla środowiska. Dzisiaj sytuacja wygląda inaczej i trzeba powiedzieć to uczciwie. SARP i IARP współpracują, prowadzą wspólne działania, razem z NIAiU zorganizowały tegoroczny Kongres Architektury Polskiej i podpisały Kartę Warszawską. To dobry znak. Historia tych relacji pokazuje jednak, jak kosztowne dla profesji może być mówienie kilkoma sprzecznymi głosami. Zawód, który chce mieć wpływ na państwo, nie może pozwalać sobie na luksus wzajemnego znoszenia własnych stanowisk w sprawach fundamentalnych. Marginalizacja architektury nie została nam wyłącznie narzucona. Kawał tej pracy wykonaliśmy sami.
Formalnie architekt wykonuje w Polsce zawód zaufania publicznego. Za tym określeniem stoją odpowiedzialność zawodowa, samorząd, kodeks etyki oraz przekonanie, że rezultat pracy architekta dotyczy nie tylko inwestora, który za projekt zapłacił, lecz również ludzi, którzy będą później żyli z jego konsekwencjami. Pomiędzy oficjalnym statusem a publicznym obrazem zawodu powstała jednak ogromna szczelina. W popularnym obiegu architekt bywa sprowadzany do projektanta efektownego domu albo eksperta od metamorfozy wnętrza. Na drugim biegunie staje się odpowiedzialny za niemal wszystkie grzechy polskiej przestrzeni: patodeweloperkę, chaotyczne przedmieścia, betonowe place, złe mieszkania i brak zieleni. Odpowiedzialności architektów nie zamierzam rozmywać. Zawód zaufania publicznego bez odpowiedzialności byłby pustym tytułem. Warto jednak pamiętać, że żaden budynek nie powstaje w prawnej, politycznej i ekonomicznej próżni. Pomiędzy projektem a realizacją znajdują się inwestor, przepisy, planowanie przestrzenne, administracja, bank, wykonawca, budżet i samorząd. Architekt jest jednym z autorów środowiska zbudowanego. Nie jest jego jedynym autorem. Sami również dołożyliśmy do tej sytuacji rękę. Przez lata bardzo sprawnie tłumaczyliśmy, dlaczego czegoś nie dało się zrobić. Inwestor nie pozwolił, deweloper wymusił, przepisy uniemożliwiły, budżet się nie zgadzał. Każdy z tych argumentów może być w konkretnej sytuacji prawdziwy, ale ich suma tworzy fatalny komunikat. Jeżeli zawód nieustannie opowiada o własnej bezsilności, trudno oczekiwać, że państwo i społeczeństwo będą widziały w nim partnera do podejmowania decyzji.
Ciekawym symbolem tego, co wydarzyło się z publiczną pozycją architekta, jest dla mnie Filip Springer. Nie zamierzam odbierać mu prawa do krytykowania architektów. Byłoby to absurdalne. Czytam go, wiele jego tekstów cenię, a część jego diagnoz uważam za boleśnie trafną. Krytyka profesji nie może należeć wyłącznie do jej przedstawicieli. Trudno jednak nie dostrzec w tej historii pewnego paradoksu. Springer jest reporterem, którego znaczną część autorskiej tożsamości i publicznej rozpoznawalności ukształtowała właśnie architektura. Źle urodzone, Wanna z kolumnadą, 13 pięter, Księga zachwytów, wreszcie Szara godzina. Przez lata architektura i architekci dostarczali mu tematów, konfliktów, bohaterów, książek i debat. Architektura okazała się dla reportera całkiem gościnnym domem. W listopadzie 2024 roku Aleksander Hudzik przeprowadził ze Springerem dla „Mint Magazine” rozmowę zatytułowaną „Oskarżam architektów”. Na pytanie, czy Szara godzina jest wymierzona w architektów, Springer odpowiedział wprost: „Tak. Oskarżam architektów”. Chwilę później lekturę kodeksu architektów nazwał „śmiechem na sali”. Przyznaję, że konstrukcja tej historii ma w sobie pewien komizm. Architektura pomaga zbudować pozycję jednemu z najbardziej rozpoznawalnych polskich reporterów zajmujących się przestrzenią, żeby po latach usłyszeć od niego akt oskarżenia pod adresem architektów. Gościnność została, jak widać, doceniona. Podśmiewam się, ale pretensja nie jest właściwie skierowana do Springera. Znalazł temat, potrafił go świetnie opowiedzieć i zbudował wokół niego publiczną debatę. Wykonał swoją pracę.
Pytanie należy skierować do nas. Jak to się stało, że w publicznej rozmowie o architekturze głos reportera może stać się bardziej rozpoznawalny niż głosy większości ludzi, którzy ją projektują? Gdzie są architektki i architekci rozmawiający nie tylko o własnych realizacjach, lecz także o mieszkalnictwie, klimacie, ekonomii, demografii, edukacji, polityce przestrzennej i przyszłości miast? Springer może sobie pozwolić na „oskarżam architektów” również dlatego, że architekci zbyt długo pozwalali innym opowiadać własną historię. To jest już pretensja nie do niego, tylko do nas.
Podobny problem widzę przy wyborze osób kierujących instytucjami architektury. Brakuje mi często jednego kryterium: realnej obecności w międzynarodowym obiegu. Nie mam na myśli liczby zagranicznych konferencji wpisanych do CV, znajomości angielskiego ani regularnego odwiedzania Biennale. Sam fakt posiadania paszportu i pojawiania się w Wenecji raz na dwa lata jeszcze tej perspektywy nie daje.
Międzynarodowość oznacza wiedzę o tym, gdzie naprawdę odbywa się dzisiaj rozmowa o architekturze, kto ją przesuwa, które instytucje są interesujące, kto przygotowuje ważne wystawy, kto pisze, jakie pracownie właśnie zaczynają zmieniać dyscyplinę i z kim warto wejść we współpracę, zanim jego nazwisko stanie się oczywiste dla wszystkich. Oznacza również relacje. Dyrektor narodowej instytucji powinien umieć uruchomić własną sieć kontaktów od pierwszego dnia pracy. Wiedzieć, do kogo zadzwonić, z kim rozpocząć współpracę, jak wprowadzić polską architekturę do rozmowy prowadzonej poza Polską. Powinien rozumieć międzynarodowy język instytucji, ale przede wszystkim być już uczestnikiem tego świata. Takie stanowisko powinno być konsekwencją doświadczenia, kontaktów i pozycji, a nie dopiero sposobem na ich zdobywanie. Instytucja powinna korzystać z kapitału dyrektora od pierwszego dnia, nie służyć do jego budowania. Nie jest to argument przeciwko konkretnej osobie. To standard, którego powinniśmy wymagać od narodowej instytucji. Jeżeli ma reprezentować polską architekturę na zewnątrz, jej dyrektor nie powinien dopiero po nominacji uczyć się świata, w którym ma ją reprezentować.
Pozostaje jeszcze rzecz najmniej wygodna, ponieważ dotyczy nas wszystkich. Lubimy ludzi podobnych do siebie. Psychologia społeczna opisuje część tego mechanizmu pojęciem homofilii, czyli skłonności do preferowania osób, z którymi coś nas łączy. W sierpniu 2026 roku „Nature Human Behaviour” opublikowało badanie Nicoli Fuchs-Schündeln i Felixa Holuba obejmujące 37 073 wnioski oceniane przez European Research Council w latach 2019–2023. Badacze wykazali, że recenzenci dzielący z ocenianą osobą kraj pracy lub obywatelstwo przyznawali jej przeciętnie korzystniejsze oceny. Konstrukcja badania pozwalała porównywać oceny tego samego projektu wystawiane przez różnych recenzentów. Nie przywołuję tego badania, żeby sugerować, że konkursy dotyczące polskiej architektury są ustawiane. Taki wniosek byłby nieuczciwy i z badania w żaden sposób nie wynika. Wynika z niego coś subtelniejszego i dla mnie znacznie ciekawszego: nawet bardzo sformalizowany system oceny nie usuwa z procesu osoby oceniającej. Procedura porządkuje decyzję, ale nie usuwa z niej człowieka. Każdy juror przychodzi z własną biografią, doświadczeniem, gustem, siecią relacji i sposobem rozumienia jakości. Dlatego jedną z najważniejszych kompetencji jurora jest dla mnie ciekawość. Ciekawość człowieka z innego pokolenia, odmiennej szkoły, innego środowiska i innego sposobu myślenia. Zdolność do zainteresowania się projektem, którego samemu nigdy by się nie zrobiło. Gotowość do potraktowania poważnie argumentu osoby, z którą zwykle się nie zgadzamy. Wymaga to również pewnej pewności własnej pozycji. Kiedy człowiek zna swoją wartość, nie potrzebuje bez przerwy potwierdzać jej w gronie osób myślących podobnie. Można zaprosić do komisji kogoś spoza własnej listy kontaktów. Można dopuścić nazwisko, które nie krąży od lat pomiędzy tymi samymi instytucjami. Można nawet, co w naszym środowisku bywa doświadczeniem niemal awangardowym, potraktować odmienne zdanie jako wartość.
Polska architektura ma wystarczająco dużo świetnych ludzi, żebyśmy nie musieli w nieskończoność obsadzać wszystkich stołów według tej samej książki telefonicznej. Mamy architektki i architektów różnych pokoleń, prowadzących małe eksperymentalne studia i duże pracownie, budujących w Polsce i za granicą, zajmujących się mieszkaniami, adaptacją istniejących budynków, krajobrazem, technologią, klimatem i przestrzenią publiczną. Wielu z nich nigdy nie zasiadało w najważniejszych komisjach.
Dlaczego? Czy naprawdę za każdym razem najlepszych ludzi do podejmowania decyzji znajdujemy w tym samym kręgu? Dobra komisja nie powinna być grupą osób, które najłatwiej się ze sobą zgodzą. Powinna być tak skonstruowana, żeby ta zgoda nie była oczywista. Właśnie dlatego wracam na końcu do NIAiU. Otwarty konkurs na dyrektora jest potrzebny nie dlatego, że konkurs stanowi magiczny rytuał oczyszczający instytucję z wszystkich problemów. Jest potrzebny, ponieważ zmusza państwo do publicznego określenia kryteriów, pozwala porównać programy, daje szansę pojawienia się kandydatur spoza pierwszego kręgu i nakłada na wybierających obowiązek uzasadnienia decyzji.
To jednak nadal za mało. Jeżeli architektura przez dziesięciolecia była w Polsce instytucjonalnie przesuwana na margines, nie naprawimy tego jedną nominacją ani jednym konkursem. Potrzebujemy silnych instytucji, realnej polityki architektonicznej państwa, lepszej reprezentacji profesji, praktykujących architektów obecnych tam, gdzie zapadają dotyczące przestrzeni decyzje, oraz ludzi kierujących narodowymi instytucjami, którzy wnoszą do nich doświadczenie, kontakty i międzynarodową pozycję, zamiast dopiero zdobywać je dzięki stanowisku.Potrzebujemy również większej przepuszczalności samego środowiska. Chciałbym kiedyś zobaczyć skład ważnego jury i nie potrafić przewidzieć, w którą stronę pójdzie rozmowa. Nie dlatego, że lubię niespodzianki. Taka nieprzewidywalność byłaby dla mnie dowodem, że przy stole naprawdę spotkały się różne doświadczenia. Ludzi, którzy nie muszą się znać, lubić ani potwierdzać sobie nawzajem własnych poglądów.
Wraca wtedy historia Ewy Kuryłowicz. Nie musimy wybierać pomiędzy ptakiem a ornitologiem. Potrzebujemy obu. Dobrze byłoby tylko pamiętać, że kiedy rozmawiamy o lataniu, doświadczenie ptaka nie jest dekoracyjnym dodatkiem do wiedzy ornitologa. Przez lata architektura należała w Polsce po trochu do wszystkich, czyli w gruncie rzeczy do nikogo. Powołanie Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki nie zakończyło tej historii. Jeżeli naprawdę chcemy odwrócić proces marginalizacji architektury i odbudować pozycję zawodu architekta, musimy zacząć poważnie traktować sposób, w jaki budujemy instytucje, wybieramy ludzi i rozdzielamy prawo do podejmowania decyzji.
Dlatego konkurs na dyrektora NIAiU powinien się odbyć. Później trzeba zadać trudniejsze pytanie: kto usiądzie po drugiej stronie stołu? Konkurs ma sens wtedy, kiedy otwiera wynik. Nie wtedy, kiedy tylko formalizuje przewidywalność.



