ArchitectureCultureDesign

Dom, który nosimy w sobie

Anna Domin

 

Zdjęcie: Aga Wojtuń

 

Temat domu należy do tych, które choć wielokrotnie podejmowane w sztuce, literaturze i filozofii, nigdy nie tracą swojej intensywności. Być może dlatego, że słowo „dom” wyjątkowo silnie wywołuje skojarzenia w naszym umyśle i ciele. Reagujemy nie tylko intelektem, lecz także pamięcią mięśni, zapachem dzieciństwa, temperaturą światła wpadającego przez konkretne okno. Dom jest jednym z tych słów, które nigdy, mimo upływu czasu nie bledną, ale gęstnieją. Stają się rdzeniem. Wielu artystów mierzyło się z tym tematem, próbując uchwycić jego materialny kształt czy też emocjonalne pęknięcia. Kiedy wydaje nam się, że wszystko zostało powiedziane, pojawia się nowe spojrzenie, przenikliwe, odmienne, od tego co znamy. Ktoś znowu opowiada o domu z własnego, niepodrabialnego miejsca doświadczenia, a my mamy wrażenie odkrywania czegoś po raz pierwszy. Co więcej,  w tym nowym ujęciu zaczynamy rozpoznawać samych siebie. Wystawa, o której mowa, nie próbuje definiować domu w sposób jednoznaczny ani go estetyzować. Przeciwnie, buduje go z napięć, z przetworzonych wspomnień, z krajobrazów dzieciństwa i z doświadczenia migracji, ale też z poczucia zakorzenienia i z konieczności ucieczki. Dom nie jest tu wyłącznie miejscem zamieszkania. Jest stanem ducha, strukturą pamięci, a czasem  także ciężarem.

 

O takim właśnie spojrzeniu mowa w wystawie „Dom, którego nie widać” autorstwa Aleksandry Batury  prezentowanej we Free Belarus Museum przy ul. Foksal 11 w Warszawie. To projekt malarski, któremu towarzyszy instalacja dźwiękowa, która buduje dodatkową, niematerialną warstwę opowieści. Autorka odwołuje się do Warszawy, miasta swoich dziadków i przestrzeni, w której sama dziś żyje, ale także do Suwalszczyzny, pogranicza kultur, języków i krajobrazów. To właśnie tam, w pejzażu jezior i surowej przyrody, kształtowała się jej artystyczna wrażliwość. 

 

Interesuje mnie dom jako przenośnia – mówi artystka. – Ten, z którego wychodzimy i do którego wracamy, ale też ten, z którego czasem musimy uciekać. Przez lata zmieniałam miejsca, miasta, kraje. Studiowałam w Gdańsku, Krakowie, Porto, mieszkałam we Włoszech. Zrozumiałam wtedy, że dom nie zawsze ma adres. Czasem jest wspomnieniem, czasem napięciem, czasem pytaniem. Dla mnie dom nie jest kategorią oczywistą ani zamkniętą. To raczej proces niż konstrukcja. Zawsze fascynowało mnie, czy dom w ogóle jest czymś trwałym. Czy to ściany, czy może dźwięk kroków na klatce schodowej, światło za oknem, zapach poranka? A może to emocja, którą budujemy między sobą? Nie chcę dawać gotowych odpowiedzi. Chciałabym raczej zaprosić do rozmowy. – dodaje Aleksandra. 


Ta otwartość jest kluczowa dla całej wystawy. Artystka nie narzuca interpretacji, nie prowadzi widza w jednym kierunku. Pozostawia przestrzeń na własne doświadczenie, na osobiste wspomnienia, na to, co w każdym z nas uruchamia słowo „dom”. To właśnie w tej wielowymiarowości, pomiędzy obrazem, dźwiękiem i pamięcią, rodzi się napięcie, z którego czerpie inspirację.

 

 

W tym sensie słowa artystki wybrzmiewają szczególnie mocno dziś, kiedy doświadczenie przymusowej migracji i wykorzenienia przestaje być abstrakcyjną kategorią, a staje się realnym losem tysięcy ludzi. Dom może być schronieniem, ale może być też przestrzenią opresji. Może budować tożsamość albo ją rozszczepiać. Może być miejscem bezpieczeństwa, ale też miejscem, z którego trzeba odejść, by przetrwać. W tej opowieści nie ma deklaracji ani jednoznacznych ocen, jest raczej próba zrozumienia, czym jest dom wtedy, gdy przestaje być oczywisty. Istotna okazuje się tu warstwa dźwiękowa projektu. Instalacja zrealizowana z cenionym twórcą słuchowisk radiowych Piotrem Skotnickim, zbudowana z odgłosów zarejestrowanych w warszawskiego mieszkania artystki oraz w Pałacu Brzozowskich, przesuwa akcent z tego, co widzialne, na to, co odczuwalne. Skoro dom nie zawsze jest adresem ani bryłą, może być przecież rytmem i echem codzienności. Każdy dom ma swoją akustykę: skrzypnięcie drzwi, szelest kroków, szum za oknem, ciszę, która bywa bardziej znacząca niż słowa. Mieszkamy nie tylko w murach. Mieszkamy w dźwiękach, w relacjach, w pamięci. Właśnie dlatego „Dom, którego nie widać” nie jest opowieścią o architekturze, ale też o tym co niewidzialne, a jednak konstytutywne,  o doświadczeniu bycia u siebie albo poza sobą.

 

Dom w tej opowieści rozciąga się jednak jeszcze dalej. Obejmuje relację człowieka z naturą, z planetą, z drzewem, które jak mówi artystka trzeba obserwować wiosną, jesienią i zimą, by naprawdę coś o nim wiedzieć. W jej obrazie „Drzewo” jednocześnie obecne są wiosna i zima, świeżość i bezlistność, potencjał i wyciszenie. To obraz cykliczności, która dotyczy również nas. 

 

– Ten temat porusza mnie od dawna – mówi Aleksandra Batura. – Myślę, że mamy więcej wspólnego z drzewami, niż nam się wydaje. W coś wrastamy całym sobą. W krajobraz, w język, w zapach powietrza, czy też relacje. Stare drzewo trudno wyrwać bez śladu – nawet jeśli zostanie przesadzone, jego system korzeniowy przez długi czas niesie pamięć miejsca, z którego pochodzi. Z człowiekiem jest podobnie, możemy wyjechać bardzo daleko, zmienić adres, kraj, kontynent, ale to, co w nas urosło, nie znika.

 

 

Artystka podkreśla, że odległość bywa pojęciem względnym. „Czasem jesteśmy tysiące kilometrów od domu i czujemy go intensywniej niż kiedykolwiek. Innym razem mieszkamy w tym samym miejscu latami i wcale nie czujemy się u siebie. Zabieramy go w pamięci, w sposobie patrzenia na świat, w tym, jak reagujemy na światło, na ciszę, na drugiego człowieka. W tej perspektywie dom przestaje być stałą konstrukcją, a staje się procesem wrastania i oddzielania, pamięci i przemiany. Nie jest czymś, co można jednoznacznie zdefiniować. Dom staje się więc nie tylko miejscem, lecz procesem. Czymś, co podlega zmianie, co wymaga troski, ale też co można utracić. Jest też tym, co nosimy w sobie – w pamięci, w ciele, w sposobie patrzenia na świat, a może nawet czymś większym: planetą, która również jest naszym wspólnym domem, kruchym i nieoczywistym. Być może dlatego ta wystawa nie daje gotowych odpowiedzi. Raczej otwiera przestrzeń do namysłu. I sprawia, że po wyjściu zaczynamy zadawać sobie pytanie nie tylko o to, gdzie mieszkamy, lecz także czym dla nas naprawdę jest dom.