ArchitectureCultureTalks

Jak pożenić przeszłość z teraźniejszością? W jakiej funkcji może zaistnieć na nowo architektura II połowy XX wieku? Takie pytania zadał kurator pawilonu węgierskiego, Daniel Kovács dwunastu pracowniom, zaproszonym do projektu Othernity. Efekt poszukiwań można oglądać w Pawilonie Węgierskim podczas trwających właśnie Biennale Architektury w Wenecji. W rozmowach zamieszczonych poniżej przyjrzymy się bliżej dwóm koncepcjom, przygotowanym przez polskich architektów z pracowni: A-A Collective

i BudCud.  

 

Anna Ostrowska

Już sama nazwa projektu Othernity zawiera w sobie grę dwóch słów: modernizmu  (brutalizmu czy nawet postmodernizmu) odczytywanego na nowo oraz inności, którą można odczytać jako odmienność, współczesnych potrzeb, praktyk i wyobrażeń architektonicznych. Trudno bowiem w jednym zgrabnym określeniu zamknąć różnorodność budapesztańskich budynków, którymi zajęli się architekci. Siła projektu tkwi w ponownej, wspólnej lekturze architektury, powstającej za żelazną kurtyną. Prowadzi to do poszukiwaniu wartości, które należałoby bezwzględnie zachować, a także do wypracowania praktyk adaptacyjnych, przeobrażeniowych i rewitalizacyjnych dla budynków z tamtego okresu. Uwspółcześnione, siłą rzeczy, odczytania stanowią zbiór możliwych scenariuszy przestrzennych. 

 

Daniel Kovács postawił przed architektami bardzo konkretne zadanie, wybrał bowiem 12 budapesztańskich budynków, przydzielając po jednym z nich dla każdego zespołu projektowego. To sprawia, że szeroki temat zyskał zakotwiczenie w poszczególnych projektach i wypracowanych odpowiedziach. W pierwszej chwili mogłoby się wydawać, że międzynarodowa współpraca zaowocuje zbiorem wniosków, które będzie można w łatwy sposób uogólnić. Okazuje się, że i tak i nie. Odnoszę wrażenie, że to, co wyłania się z całości  jest receptą, którą architekci posługują się od dawna. Nad każdym z budynków trzeba się pochylić indywidualnie, zbadać jego historię i kontekst, sprawdzić jego stan techniczny, zestawić z aktualnymi potrzebami i wizją przestrzeni, którą chcemy wspólnie zamieszkiwać, czyli uzyskać odpowiedź na tytułowe pytanie tegorocznego Biennale Architektury, które przypomnę brzmi: „Jak będziemy żyć razem?”.  

 

Czasem wystarczy niewiele, by wprowadzić nowe życie do obiektów o modernistycznym rodowodzie, zresztą niektóre z nich wciąż są używane. Ich bogaty program społeczny i duży nacisk wywierany na projektowanie przestrzeni publicznych w połączeniu z ciekawą konstrukcją i często otwartym planem, sprawiają że w zasadzie obiekty te tylko czekają na zasiedlenie i dookreślenie na nowo funkcji. Jest tak w przypadku TIT budapesztańskiego Planetarium, zaprojektowanego przez László Luxa,  siedziby OKISZ (węgierskiego Związku Handlu i Przemysłu) autorstwa Jánosa Mónusa czy domu meblowego Domus, którego projekt opracowali architekci Péter Reimholz i Antal Lázár. Jednak, żeby zagospodarować na nowo te obiekty, najpierw trzeba je zauważyć, wprowadzić do publicznej debaty i ukazać ich często zapomniany potencjał. Nie zawsze sprawa jest oczywista, czasem budynek nie cieszył się dobrą sławą już na etapie jego wznoszenia; to przypadek wieżowca mieszkalnego OTP w Budapeszcie. W innym wypadku problem adaptacyjny może sprawiać ściśle dookreślona funkcja, na przykład przemysłowa, nieprzystająca do dzisiejszych realiów, w tym wypadku architektura wymaga przedefiniowania i także tym zajęli się architekci, biorący udział w projekcie Othernity.

 

Trwałość i efemeryczność budynków, czyli co sprawia, że są burzone. 

 

Stalowe konstrukcje i solidne betonowe płyty nie są tym, co zapewnia budynkom perspektywę długiego trwania. Paradoksalnie o ich bycie i niebycie decydują bardziej efemeryczne i trudniej uchwytne argumenty: ich relacja z otoczeniem, wartość kulturowa, społeczna i materialna oraz przydatność i sposób, w jaki stają się ramą przestrzenną dla współczesnych potrzeb i praktyk. Projekt Othernity ma więc koncepcyjną formę, zadanie architektów nie polegało jedynie na tym, aby przedstawić propozycję pożenienia przeszłości z teraźniejszością w ramach zastanej struktury architektonicznej, lecz także chciano wywołać dyskusję wokół wskazanych przez kuratora obiektów. Chodziło o to, by ponownie nanieść te budynki na mapę miasta, a później za pomocą architektonicznych interwencji dać im drugie życie. O nowe funkcje można się spierać w ramach miejskiej wspólnoty, architekci kreśląc kierunki, stworzyli punkt wyjścia do rozmowy. 

 — Nie wiemy, jaka przyszłość czeka dom meblowy Domus czy inne budynki projektu Othernity. Niestety, w zeszłym roku wyburzono dwa obiekty prezentowane na naszej wystawie i trudno przewidzieć, czy potencjał pozostałych zostanie zauważony. Mamy nadzieję, że spekulatywny atlas, jakim jest projekt Othernity, podniesie dyskusję o potrzebie współczesnej rewitalizacji modernizmu. Pod koniec roku wystawa z Pawilonu Węgierskiego na Biennale zostanie przeniesiona do Muzeum Sztuki Współczesnej im. Ludwiga w Budapeszcie, więc może to wydarzenie będzie przyczynkiem do szerszej dyskusji i pogłębionej refleksji  — mówi Agata Woźniczka z pracowni BudCud, biorącej udział w projekcie. 

 

Stosy betonowych płyt, pasma przeszkleń, las metalowych konstrukcji. Myśl, projekt, forma, czas gromadzenia materiału i czas budowania, czyjeś nieprzepasane noce i spracowane ręce. Architektura jest zbudowana z tych dwóch porządków: namacalnego, fizycznego, którego można doświadczać i bardziej abstrakcyjnego: zamiaru, który pod wpływem dyskusji, przekształceń, radzenia sobie z oporem materii wreszcie, nabiera kształtu, kostnieje, krystalizuje się, przeobraża, zostaje zasiedlony, opuszczony, zostawia po sobie ślad. Chociażby z tego względu architektura zasługuje na uwagę i pogłębioną refleksję, zanim ktoś rozklei taśmy i wpuści na teren buldożery, warto się o nią upomnieć.  

Podążając za porostami – wiwisekcja Centrum Dystrybucji Energii Elektrycznej w Budapeszcie.

 

Rozmowa z Zygmuntem Borawskim z AA-Collective, który współtworzy razem z 

Martinem Markerem, Furio Montolim i Srdjanem Zlokapą.

 

Czy przystępując do projektowania wiedzieliście, że budynek Centrum Dystrybucji Energii Elektrycznej zostanie wyburzony?  

Gdy odwiedziliśmy Budapeszt wciąż trwała debata, co z tym budynkiem zrobić. Kuratorzy jednak byli złej myśli i mówili nam od samego początku, że są nikłe szanse na odratowanie . Dla nas ciekawe było napięcie urbanistyczne między po części brutalistycznym, po części high-techowym obiektem, a kompleksem historycznych zabudowań na Wzgórzu Zamkowym. W tym miejscu zderzyły się dwa różne języki architektoniczne, tak odmienne, a usytuowane w zasadzie tuż obok siebie. Byliśmy przekonani, że warto ten budynek ocalić poprzez nadanie mu nowej funkcji.

 

Dlaczego więc dostrzegając potencjał tego budynku, zdecydowaliście się na przeprowadzenie wiwisekcji, kontrolowanego proces rozkładu, znacznego przeobrażenia tej struktury architektonicznej?   

Zaciekawiło nas, że taka konstrukcja, mimo że była jedną z najmłodszych na tym wzgórzu, wydawała się być najstarszą. Straciwszy znaczenie i funkcję, jakie nadało jej społeczeństwo, przybrała enigmatyczny charakter niby budynku, ale jednak ruiny. Dostrzegliśmy potencjał w tej sytuacji, dlatego postanowiliśmy zachować formę i kubaturę budynku wraz ze szkieletem konstrukcyjnym a reszty się pozbyć.  

 

Co urzekło Was, gdy po raz pierwszy zwiedzaliście ten budynek? 

Jego stylistyczna wielowątkowość, ale też i sama konstrukcja budynku: masywny zewnętrzny betonowy trzon a wewnątrz budynków dwa rzędy sporych stalowych słupów. Zrozumieliśmy wtedy, że cały środek można byłoby spokojnie wyciąć tworząc wewnątrz nową jakość przestrzeni.   

 

Jakie przekształcenia i nowe funkcje proponowaliście w projekcie? 

Na początku przyznam, że nie mieliśmy pomysłu na ten budynek, spacerując po nim, wychodząc zaczęliśmy robić zdjęcia, któryś z nas w pewnym momencie zobaczył, że na starej rynnie pojawiła się cała gromada porostów, samosiejek. Ta zieleń pojawiła się wtedy, gdy robotnicy uwijali się, by go w środku oczyścić z pozostałości azbestu i innych szkodliwych materiałów. Doszliśmy do wniosku, że to jest świetny pomysł, aby właśnie zostawić te samosiejki i pozwolić, aby zarastały budynek. Panowie wyczyszczą go w środku, a natura zrobi resztę. Dzięki temu, że budynek miał przeszkloną ścianę kurtynową wystarczyło pozbyć się przeszkleń, by go otworzyć. Wiwisekcja umożliwiła wprowadzenie nowej funkcji. Zastanawialiśmy się, jaka przestrzeń jest demokratyczna i doszliśmy do wniosku, że jest nią park lub plac. Nasza koncepcja odpowiadała na pytanie, co zrobić, żeby zachować obiekt, a jednocześnie uzyskać dostępną, niebiletowaną przestrzeń publiczną. Doszliśmy do wniosku, że dobrze byłoby tworzyć miejsca spotkań, w budynkach, które formalnie pozostają, a nie mogą już pełnić dawniej określonej funkcji, tak jak to było w przypadku Centrum Dystrybucji Energii Elektrycznej w Budapeszcie. Chcieliśmy stworzyć propozycję, która celebruje piękno budynków oderwanych od ich znaczenia i pierwotnej funkcji. Projekt wyraźnie nie jest rewitalizacją. Zrozumieliśmy de facto, że zaakceptowanie śmierci czegoś otwiera spektrum perspektyw i możliwości. Nie chodzi o utrzymanie przy życiu za wszelką cenę, ale o otwarcie dialogu między tym, co zastane, a współczesnością. 

 

W jaki sposób rozumieć to, że zaprojektowaliście kontrolowany rozkład dotychczasowego budynku z intencją przeobrażenia go i zachowania struktury architektonicznej? Myślę, że dobrze byłoby to doprecyzować, bo rozkład, pogrzeb może kojarzyć się z wyburzeniem, a Wy chcieliście tego uniknąć, zachowując jednak istniejącą strukturę. Tym bardziej, że życie okazało się bardziej brutalne dla tego obiektu. 

Każdy proces w życiu, a szczególnie w państwie, w społeczeństwie, które ma jakąś strukturę,do pewnego stopnia musi być kontrolowany. Nawet nasza śmierć jest kontrolowana, przez państwo, przez rodzinę, która musi nas pochować. Po zmarłym zawsze coś zostaje, także  materialne rzeczy. Myśląc o tym, doszliśmy do wniosku, że ten budynek zasługuje na gest z   porządku antropomorficznego. Wizja, którą zaproponowaliśmy jest romantyczna i bliska temu, jak pojmowana jest architektura w filmie „Belly of an Architect” Petera Greenwaya. Na samym początku filmu główny bohater wstaje i wznosi toast za Panteon, prosząc innych uczestników kolacji, żeby zaczęli klaskać. My trochę na tej samie kanwie postanowiliśmy budynek pochować, okryć zielenią, a jednocześnie zachować jego szkielet. W pozostałej tkance – ramie  architektonicznej zaistniałaby otwarta przestrzeń publiczna. 

 

Odczytuję wasz projekt jako gest wycofania, który ma silną, wyrazistą wymowę szczególnie w kontekście kryzysu klimatycznego. Jak można go rozumieć? Jaka była Wasza intencja? Czy to też jest gest z tego porządku?

Tak, jak najbardziej. Wielu z członków naszego kolektywu było zafascynowanych pomysłem, który miał Oswald Mathias Ungers na Berlin w latach 80. Ta koncepcja nazywała się Berlin Green Archipelago. Berlin wówczas się wyludniał przez bardzo skomplikowaną sytuację geopolityczną, którą znamy z historii.  Ungers w pewnym momencie stwierdził, że nie ma sensu inwestować we wszystkie dzielnice Berlina, żeby je odnawiać i remontować. Postulował on, aby dogęszczać zabudowę w najważniejszych częściach Berlina, a inne zostawiać w spokoju, oddać je naturze, tak by mogły powoli zarastać. 

Przywrócić budynek na mapę miasta, czyli technołaźnie w dawnym domu meblowym Domus.

 

Rozmowa z Agatą Woźniczką i Mateuszem Adamczykiem z pracowni BudCud

 

Jakie wrażenie zrobił na Was budynek dawnego domu meblowego Domus? Jaki potencjał tej architektury dostrzegliście? Co warto z niej ocalić?

Mateusz Adamczyk: Ten budynek jest dość specyficzny, a jego głównym atutem jest niesamowita konstrukcja, która pozwoliła na uzyskanie wnętrz o dużej rozpiętości bez podpór. Na szczęście z biegiem lat nie narosły żadne wtórne podziały w tej przestrzeni. Właściwie Domus jest zachowany w idealnym stanie. Nie przetrwała jedynie pierwotna fasada ze względu na zastosowane rozwiązania technologiczne, wówczas innowacyjne, dziś już przestarzałe. 

 

Jakie cechy charakterystyczny ma ten obiekt? 

Mateusz Adamczyk: Myślę, że dla projektantów Domusa bardzo ważne było wycofanie fasady na poziomie parteru i stworzenie charakterystycznego uskoku w bryle budynku. Nie wiem, czy to rozwiązanie podyktowane było względami pragmatycznymi – niegdyś przed sklepami meblowymi ustawiły się długie kolejki, trzeba było więc przewidzieć na nie miejsce – czy może wynikało z sytuacji urbanistycznej. Domus stoi przy skrzyżowaniu i domyka kompozycyjnie kwartał, jest punktem zwornym tej części miasta. Dzięki temu podcięciu budynku wytworzył się plac przed sklepem, kawałek przestrzeni publicznej. 

 

Agata Woźniczka: Dodajmy, że gest podcięcia parteru budynku jest obecny w światowym atlasie architektury modernizmu –  bryła Domusa przypomina Muzeum Whitney w Nowym Jorku, zaprojektowane przez Marcela Breuera czy Słowacką Galerię Narodową w Bratysławie. Powtórzony przez architektów Antala Lázára i Pétera Reimholza zabieg architektoniczny świetnie działa także w Budapeszcie. 

 

Z czego wynika nowa funkcja, którą zaprojektowaliście dla Domusa?

Agata Woźniczka: Wnętrza domu meblowego Domus to jednoprzestrzenne powierzchnie o imponujących rozpiętościach, które dotychczas zagospodarowywał krajobraz mebli i wyposażenia wnętrz. Naszą ambicją było zaprojektowanie scenografii – tym razem abstrakcyjnej i odrealnionej – która podobnie działałaby na wyobraźnię użytkowników. 

 

Mateusz Adamczyk: Zaczęliśmy szukać odpowiedzi, badając kontekst. Budapeszt to miasto, w którym łaźnie odgrywają rolę swoistej przestrzeni publicznej, przestrzeni spotkań i relaksu. Są lokalnymi centrami w poszczególnych dzielnicach miasta. Dlatego pomysł, by stworzyć w tym miejscu łaźnie przyszedł intuicyjnie i dość szybko. Nie chcieliśmy jednak odtwarzać tradycyjnej łaźni, ani projektować w tym miejscu sauny, więc zaproponowaliśmy utworzenie przestrzeni pobudzających zmysły i pozwalających na to, by się wyciszyć. 

 

Agata Woźniczka: Przestrzeniom nadaliśmy różne funkcje: jedne mogą pobudzać i energetyzować, inne uspokajać, wprowadzać w stan wyciszenia. W zaprojektowanych przez nas przestrzeniach zmieniają się kolory i formy, natężenie światła, wilgotność powietrza, dźwięki. Projektując, zastanawialiśmy się, jak w obliczu rozwoju technologii haptycznych „współczesne” łaźnie mogą sprostać wymaganiom nowych mieszkańców miast? Jak możemy wykorzystać technologię w projektowaniu holistycznego doświadczenia abstrakcyjnego relaksu?  Wykorzystując istniejący układ przestrzenny i odpowiednie technologie, Domus Baths intensyfikowałby pożądane doznania: czyniąc ludzi spokojnymi, zrelaksowanymi, uważnymi, zen lub energetyzowanymi, pobudzonymi i podekscytowanymi, w zależności od ich nastrojów i potrzeb. W każdym pomieszczeniu panowałaby inna atmosfera, dzięki czemu zwiedzając cały budynek, jego goście generowaliby własne narracje przestrzenne. Tematy przewodnie tych pomieszczeń nawiązują do tradycyjnych typologii łaźni: tepidarium (sala wypoczynku), laconicum (łaźnia sucha), caldarium (gorący pokój), frigidarium (zimna sala) i apodyterium (hall wejściowy – u nas jako multisensoryczny „ogród”).

 

Mateusz Adamczyk: To jest miejsce, w którym można przebywać „w bezczasie”: nie zakładaliśmy ram czasowych dla takiego pobytu, dokładnie tak jak niektórym udaje się nocować w sklepie IKEA. Innymi słowy: „Domus Baths” to rozległa przestrzeń publiczna, która oddziałuje na zmysły; jest współczesną interpretacją łaźni, z której można skorzystać o każdej porze roku. Wprowadzenie ważnej pod względem społecznym funkcji, chociażby czasowo w dłuższej perspektywie mogłoby uratować ten budynek. Techno-Łaźnie pozwoliłyby odkryć na nowo tę przestrzeń i ją docenić. 

 

Agata Woźniczka: W ostatnich latach rośnie popularność „rewitalizacji eventowej” – zwraca się uwagę na wartości architektoniczne i społeczne budynku, ożywia zapomniane przestrzenie poprzez tymczasowe wydarzenia – instalacje przestrzenne, festiwale, swego rodzaju pop-upy. Zależało nam na tym, aby funkcja, którą zaproponujemy, przywróciła ten budynek na mapę Budapesztu, aby mieszkańcy i odwiedzający, mogli wytworzyć z nim swego rodzaju relację. Nawet na chwilę.

 

Wasza propozycja przywodzi mi na myśl pracę Oskara Schlemmera i jego teatr triadyczny, czyli eksperymenty z przestrzenią, formą, kolorem i ruchem prowadzone w szkole Bauhausu. Czy projektując współczesną, technosaunę korzystaliście z badań, obserwacji i analiz, które mówią o tym, w jaki sposób oddziałują na ludzi formy przestrzenne, barwy, dźwięki, wilgotność powietrza?

Agata Woźniczka: W Szkole Doktorskiej opracowywałam temat wpływu barw światła na samopoczucie i zdrowie ludzi. Czytaliśmy też o technikach medytacji, drganiach harmonicznych i częstotliwościach muzyki, które wprowadzają człowieka w uspokajający rytm. Do wytworzenia środowiska we wnętrzu podchodziliśmy intuicyjnie, wyobrażając sobie, jakich przestrzeni sami chcielibyśmy doświadczyć.

 

Mateusz Adamczyk: Odwołanie do Bauhausu też jest ciekawe, ponieważ łączy się bezpośrednio z tym projektem ze względu na kontekst. W początkach istnienia Bauhausu zwracano szczególną uwagę na cielesny i duchowy wymiar przestrzeni, na rytm oddechu, sposób traktowania ciała, odpoczynek i regenerację, odżywianie, nawiązanie kontaktu z otaczającą przyrodę i otoczeniem. Podobnie Budapeszt ma silną tradycję odnowy biologicznej, chociażby przez wspomniane wcześniej łaźnie, które są częścią życia miejskiego, ważnymi centrami życia kulturalnego i publicznego. 

 

Czy dobrze rozumiem, że zaproponowaliście całkowicie przeszklona fasadę dla tego budynku, tak jak to widać na modelu prezentowanym na wystawie? 

Mateusz Adamczyk: Zupełnie nie – to tylko zabieg, który pozwala odwiedzającym wystawę na Biennale zajrzeć do wnętrza Domusa i wyobrazić sobie scenograficzne przestrzenie Techno Łaźni. Akrylowa makieta jest syntetycznym zapisem projektowanego doświadczenia, która pokazuje, że każda strefa w tym budynku jest innym krajobrazem. 

 

Ciekawe, a zarazem emblematyczne jest to, że w obu opisywanych projektach, architekci przekształcają budynki, tak aby pełniły funkcję otwartych przestrzeni publicznych, przestrzeni spotkania, wyciszenia, kontemplacji. BudCud robi to za sprawą wielobarwnej, multisensorycznej scenografii, przestrzennego doświadczenia i po trosze architektonicznego eksperymentu, a AA-Collective proponuje otwarcie budynku, zdarcie z niego pierwszej skóry po to, by w tak przekształconej architektonicznej ramie stworzyć całoroczną, zieloną przestrzeń – miejski park. Jak będziemy żyć razem? Otwarte przestrzenie spotkań to pierwszy warunek tego, aby razem mogło się w ogóle wydarzyć. I wydaje się to oczywiste, chociaż jak uczy doświadczenie oczywistości warto artykułować na głos.